Od Soreya CD Mikleo

sobota, 30 maja 2026

|
 Zadowolony przytuliłem mojego chłopaka do siebie, ciesząc się jego obecnością. Dobrze, że się zgodził. Troszkę się odstresujemy, a jak się odstresujemy, będziemy w lepszych humorach, i pokażemy mojemu ojcu, że tak naprawdę to on się myśli. Że miłość pomiędzy nami jest prawdziwa, i całkowicie nieszkodliwa. Jedyne, czemu szkodzimy, to chyba jemu, i jego spaczonemu postrzeganiu świata. 
– Czasem zdarza mi się wpaść na dobre pomysły – odpowiedziałem i ucałowałem jego kark. Szkoda, że nie będę mógł mieć chwili, kiedy to wszystko się skończy... No chyba, że skończy się niekorzystnie dla nas, i nas stąd wyrzucą, ale nie chciałbym tego. Już tu powoli się budujemy, ja zaczynam pracę, Mikleo... właśnie, Mikleo. Muszę o niego zadbać. Zajmowanie się domem na pewno nie jest dla niego zajmujące. Zwierzak byłby dla niego, no i dla mnie, chyba fajny pomysł. Nauczylibyśmy się, albo przynajmniej ja, odpowiedzialności. I zawsze coś więcej by się działo. 
– Oparzyłeś się – zauważył w pewnym momencie, co mnie zaskoczyło. Zaraz też jednak przesunął opuszkami palców po moim przedramieniu, na którym było to zranienie, i... nic. – Nie do końca rozumiem, jak działa w twoim przypadku ogień. To twój żywioł. Nie powinien być wobec ciebie taki... Agresywny. 
– A myślisz, że ja rozumiem? – mruknąłem, trochę zawstydzony. On był taki niesamowity ze swoim żywiołem wody, i taki był odkąd pamiętam. A ja nie dość, że tak późno odkryłem mój żywioł, to jeszcze nie potrafię za bardzo zapalić głupiej świeczki. Znaczy, finalnie mi się udało, ile się naprodukowałem, to moje. – To taki trochę destrukcyjny żywioł. Więc chyba póki nie nim nie zapanuję, no to będzie mógł skrzywdzić i mnie, i ciebie. Mnie to pal licho, nie chciałbym ciebie skrzywdzić. 
– Na szczęście mogę leczyć i siebie, i ciebie. Nic złego nam się nie stanie – odparł lekko, kompletnie tym nieprzejęty. – Jakoś nad tym zapanujemy. Może coś w bibliotece o tym będzie. Postaram się o tym poczytać, jak będziesz w pracy. 
O ile dalej będziemy tutaj mieszkać, pomyślałem, ale nic takiego nie powiedziałem. Koniec złowróżenia. Miałem jego, a póki jego miałem, wszystko będzie w porządku. Niezależnie od werdyktu. Najważniejsze było to, by był tuż obok mnie. Znalazłem moją drugą połówkę, i nie oddam jej tak łatwo. Tak właściwie, to w ogóle jej nie oddam. Chyba, że sam zechce ode mnie odejść. Wtedy będzie mnie to bolało, owszem, ale nic nie będę mógł z tym zrobić. 
– Chyba, że jestem jakimś szczególnie beznadziejnym przypadkiem. Może przez to, że ta anielska krew jest... rozrzedzona? – rzuciłem, szurując wpierw jego ciało. Na moje przyjdzie później kolej. 
– Właściwie, Nefilimy są silniejsze od swoich anielskich rodziców – odparł, na co się skrzywiłem, wątpiąc w jego słowa. Całe swoje życie niczym się nie wyróżniałem. Niewiele potrafiłem. Nawet ze skrzydłami miałem problem, musiała wydarzyć się dosłownie sytuacja zagrażająca życiu, i to nie mojemu, by przywołać ich fizyczną formę. Jakby Miki był moim zapalnikiem. 
– Zawsze jest wyjątek od reguły. I chyba ja akurat jestem tutaj takim trochę małym wyjątkiem – powiedziałem cicho, zaczynając myć jego włosy. Jego kosmyki były coraz to dłuższe, i dodawały mu uroku, moim skromnym zdaniem. Ale najważniejsze, by to mój chłopak się czuł dobrze. Jak będzie chciał, zapuści włosy, a jak nie, to je skróci. Ja i tak będę go kochał całym moim sercem. 
– Nie uważasz, że za mało w siebie wierzysz? 
– A ty nie uważasz, że może trochę za wiele we mnie widzisz? Znasz mnie prawie całe moje życie. Nigdy nie wyróżniałem się niczym wyjątkowym. Nie miałem nigdy żadnych wyjątkowych mocy, umiejętności, ani nie jestem mądry czy nawet jakoś bardzo ładny. Jestem całkowicie przeciętny, i chyba raczej taki pozostanę – wzruszyłem ramionami, całkowicie z tym już pogodzony. Nie wiem, jak on mógł widzieć we mnie kogoś niezwykłego, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią coś całkowicie innego. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Spodobało mi się to, jak pewny siebie się stał. I bardzo dobrze. Czemu w końcu miałby nie być pewien swego? Jest atrakcyjny. Jest kochany. I jest mój. Zdecydowanie jak najbardziej powinien być z siebie dumny. A ja nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będę pełnoletni, i nie będziemy musieli się ukrywać. Skończą się wtedy te wszystkie okropne propozycje małżeństwa i sugerowanie, z kim to mam wziąć ślub. I może byśmy zamieszkali razem? Niby wielki krok, ale już teraz przecież mieszkamy razem, i chyba dobrze mu ze mną. Najchętniej zabrałbym go do jednej z posiadłości należącej do mojej rodziny, ale zastanawiam się, czy za te kilka lat dalej będę chciał mieć cokolwiek z moją rodziną do czynienia. Czy by może nie odciąć się od niej całkowicie, nie spróbować żyć na własną rękę. Trochę się też jednak tego obawiałem. Pieniądze i znajomości otwierają wiele drzwi. A bez nich nie wiem, czy będę potrafił sobie poradzić. 
– Więc uważasz siebie za idealnego faceta dla mnie? – spytałem, unosząc rozbawiony jedną brew. 
– No a nie? Wydajesz się być bardzo zadowolony z mojego partnerstwa. I jeszcze do tego pozytywnie zaskoczony. No lepiej chyba być nie może – wyszczerzył się. Ależ się wyszczekany zrobił. Może też dlatego, że jest pełnia. Energia wręcz od niego kipi, to oczywiste, że będzie troszkę bardziej uszczypliwy. Ale nie to nie przeszkadzało. Lubię się z nim drażnić, dogryzać mu i słuchać jego dogryzek. 
– Gdybyś zadbał o swoją pamięć, już byłoby troszkę lepiej. Na szczęście od tego masz mnie. O, i gdybyś częściej pokazywał przy mnie swoje uszy i ogon. Też byłoby miło – powiedziałem zgodnie z prawdą. Uwielbiałem jego wilcze akcenty. Nie tylko uszy i ogon, ale i te mniej oczywiste, czyli oczy i kły. Jak czasem na mnie spojrzy tymi oczami drapieżnika, aż mam ciarki na plecach. Nie mam pojęcia, jak to działa, ale na mnie działa. Jestem po prostu troszkę dziwny, ale skoro Haru mnie chce, i jest tu przy mnie... To chyba mu moje małe dziwactwa nie przeszkadzają. 
– A muszę? Nie lubię, kiedy są widoczne – skrzywił się, prowadząc mnie w stronę lasu. Dałem mu zdecydować. W końcu, nie znam tego miejsca. A on, nie myśląc, poprowadzi mnie gdzieś, gdzie chciałby się znaleźć. 
– Nie muszą być widoczne dla wszystkich. Tylko dla mnie. Muszę przyznać, że lubię czuć twoje kły na swojej skórze. I uwielbiam to twoje spojrzenie drapieżnika. Sprawia, że mam ciarki na skórze – wyjaśniłem, uśmiechając się do niego ładnie. Od razu wyczułem, że ten uśmiech sprawił, że nogi mu trochę zmiękły. Wiedziałem, że tak to na niego zadziała, trochę już go znałem. Troszkę wykorzystywałem jego słabości, co chyba nie było najmilsze z mojej strony. Ale bardzo mi zależało na tym, by się zgodził. 
– Naprawdę? – zmarszczył brwi, ewidentnie zaskoczony moimi słowami. Nie powinien być zaskoczony. Przecież doskonale czuł to, co czułem wobec niego. On ma te swoje wyostrzone zmysły, wyczuje po moim zapachu, co mną kieruje. Te jego zmysły strasznie mnie stresują. Boję się, że zacznę dla niego gorzej pachnieć w pewnym momencie. Zawsze miałem małą obsesję na punkcie higieny, ale przy nim jest ona jeszcze większa. Jeszcze nigdy nie narzekał na mój zapach. Jeszcze. Muszę dopilnować, by to utrzymać na zawsze. Nie wiem, czy jest to możliwe, ale będę się się starał. 
– Mhm. Musisz to czuć za każdym razem, kiedy na ciebie patrzę, czyż nie? – puściłem mu oczko, po czym przytuliłem się do jego ramienia, czekając na jego odpowiedź, i miałem nadzieję, że pozytywną. Przecież dla mnie, raz na jakiś czas, w naszym pokoju mógłby pozwolić sobie na pokazanie pazura... czy może bardziej kłów w jego przypadku. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

środa, 27 maja 2026

|
To był właściwie całkiem ciekawy pomysł, sprowokować jego ojca i zmusić go do usłyszenia prawdy. Gdyby Sorey zdobył się na szczerość i przed radą, i przed własnym ojcem otwarcie powiedział, że mnie kocha… być może tamten naprawdę by tego nie wytrzymał. Jak można przecież głosić taką „herezję”? Jego syn miał być normalny, przynajmniej według niego. Nie mógł być inny, nie mógł kochać innego mężczyzny. Bo jeśli mężczyzna kocha mężczyznę, to od razu staje się kimś złym.
Nie rozumiałem tego.
Naprawdę nie rozumiałem, dlaczego starsze anioły tak uparcie wierzyły, że miłość między dwoma mężczyznami albo dwiema kobietami jest czymś niewłaściwym. Dla mnie nie było w tym nic złego. Niech każdy kocha tego, kogo pragnie, dopóki nikogo nie krzywdzi i do niczego nie zmusza. Czy miłość sama w sobie mogła być czymś złym?
Poza tym… co tak naprawdę obchodziło jego ojca, czy Sorey jest ze mną, czy z kobietą?
Rozumiałem, że dla wielu starszych chodziło o potomstwo. O to, że nie będę mógł dać jego synowi dziecka. Ale czy naprawdę tylko krew tworzy rodzinę? Można przecież adoptować, można stworzyć dom na wiele różnych sposobów. Rodzina nie musi rodzić się wyłącznie z biologii.
A poza tym byliśmy jeszcze młodzi.
Za młodzi, by rozmyślać o takich sprawach.
Jedynym, czego naprawdę teraz pragnęliśmy, było nasze własne towarzystwo, wspólny czas, chwile sam na sam, bez ciągłego oddechu jego ojca na karku i bez słów mówiących nam, jak powinniśmy żyć i kogo wolno nam kochać.
Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej czułem zmęczenie i ciężar nadchodzącego spotkania z radą. Powoli zacząłem więc zdejmować ubrania, pozwalając, by materiał kolejno opadał na podłogę. Skoro mój partner zaproponował wspólną, gorącą kąpiel w balii, może rzeczywiście choć na chwilę uda nam się zapomnieć o tym, co czekało nas później.
Miałem tylko nadzieję, że wszystko potoczy się zgodnie z planem.
Że rada nie postanowi nas odrzucić ani ukarać.
Przecież nie zrobiliśmy nic złego. To ojciec mojego partnera nas zaatakował, chciał nas skrzywdzić i knuł przeciwko nam. To jego gniew i uprzedzenia doprowadziły do całej tej sytuacji. My byliśmy niewinni.
Po zdjęciu ostatnich części garderoby wszedłem ostrożnie do ciepłej balii. Gorąca woda niemal natychmiast otuliła moje ciało, rozluźniając napięte mięśnie. Zająłem miejsce przed moim partnerem, pozwalając sobie oprzeć plecy o jego klatkę piersiową. Na chwilę zamknąłem oczy, wsłuchując się w cichy plusk wody i spokojny rytm jego oddechu.
Choć na moment chciałem zapomnieć o strachu.
- To naprawdę dobry pomysł z tą wspólną kąpielą - Wyznałem cicho, rozluźniając się w jego ramionach.
- A nie mówiłem? - Uśmiechnął się do mnie szeroko, obejmując mnie mocniej i przyciągając do siebie.
Ten gest sprawił, że poczułem lekkie zawstydzenie. Szczerze mówiąc, nadal nie do końca przywykłem do własnej nagości przy nim. Nie była dla mnie czymś złym ani niewłaściwym, ufałem mu i czułem się przy nim bezpiecznie, a jednak wciąż budziła we mnie nieśmiałość, której nie potrafiłem całkowicie się pozbyć.
Może wynikało to z przyzwyczajeń, może z wychowania, a może po prostu z tego, że odsłonięcie przed kimś nie tylko ciała, ale i własnej wrażliwości wymagało czasu.
- Mówiłeś, mówiłeś i miałeś rację - Przyznałem, uśmiechając się do niego łagodnie.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
Szczerze powiedziawszy, byłem pewien, że nawet w worku na ziemniaki wyglądałby tak samo pięknie jak w moich ubraniach. I właśnie to bym powiedział, gdyby naprawdę go założył, że wygląda pięknie, bo po prostu taki jest. Jest piękny sam w sobie, niemal nierealny, jak ideał, którego do dziś nie potrafię do końca zrozumieć. Nadal zastanawiam się, jak ktoś taki jak on może być z kimś takim jak ja. W mojej głowie często wydaje się, że tak naprawdę wcale do siebie nie pasujemy i może nigdy nie powinniśmy byli się odnaleźć. A jednak coś nas połączyło, coś silniejszego niż moje wątpliwości i lęki.
Nie chcę, abyśmy się rozstali. Chcę trwać przy nim najdłużej, jak tylko będę potrafił. Dbać o niego najlepiej, jak umiem, i pielęgnować to uczucie każdego dnia, jeśli tylko mi na to pozwoli. Bo ta miłość jest dla mnie czymś niezwykle cennym czymś, czego nie chcę stracić.
- Szczerze powiedziawszy, uważam, że nawet w worku na ziemniaki wyglądałbyś pięknie - Wyjaśniłem spokojnie. - Bo ładnemu we wszystkim ładnie. Nieważne, co założysz, i tak pozostajesz sobą, a ja właśnie tę twoją prawdziwą, idealną w swojej autentyczności wersję kocham najbardziej. Nie ma znaczenia, co masz na sobie. Najważniejsze jest to, żebyś czuł się dobrze i swobodnie w tym, co nosisz. - Spojrzałem na niego z czułością. - Wiesz… jeśli czujesz się w czymś komfortowo, po prostu promieniejesz. I ja to widzę. Dostrzegam w tobie rzeczy, których inni chyba nigdy nie próbowali zobaczyć. Wielu z twoich byłych patrzyło powierzchownie, skupiając się wyłącznie na własnych pragnieniach i chwilowych zachciankach. A ja… ja nigdy nie widziałem w tobie jedynie ciała ani sposobu na spełnienie własnych potrzeb. - Wyjaśniłem bo dla mnie był kimś znacznie więcej. Był moją ostoją. Moją miłością. Kimś, przy kim po raz pierwszy poczułem się naprawdę ważny i bezpieczny. Dawał mi ciepło, troskę i obecność, których inni nigdy nie chcieli albo nie potrafili mi ofiarować. I może właśnie dlatego kochałem go tak mocno, bo doceniałem nie tylko to, kim był, ale również to, że w ogóle pojawił się w moim życiu.
- I chyba właśnie to tak bardzo mnie w tobie dziwi - Przyznał cicho. - Każdy mężczyzna, którego wcześniej poznałem… właściwie myślał przede wszystkim o sobie. O tym, czego chce i co może dostać. A ty… ty naprawdę myślisz o tym, żebym to ja czuł się dobrze. I chyba właśnie to najbardziej mnie zaskakuje. - Zrozumiałem jego słowa. Gdybym sam przez całe życie trafiał na ludzi, mężczyzn i kobiety, którzy widzieli we mnie wyłącznie bogactwo, rozpoznawalność albo urodę, pewnie również nauczyłbym się patrzeć na uczucia z ostrożnością i niedowierzaniem. Nic więc dziwnego, że miał w sobie tyle niepewności.
Dlatego właśnie w takich chwilach, jak ta, cieszyłem się, że mogę być dla niego po prostu zwyczajnym chłopakiem. Nie kimś z piedestału, nie obrazem do podziwiania ani trofeum, lecz człowiekiem, przy którym nie musi niczego udawać.
- Po prostu nigdy wcześniej nie trafiłeś na faceta idealnego dla swoich standardów - Stwierdziłem z lekkim, zaczepnym uśmiechem. - Albo takiego, który widzi w tobie coś więcej niż to, co powierzchowne. - Wyjaśniłem, chwytając jego dłoń której wierzchu ucałowałem.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 26 maja 2026

|
 Miło mi się zrobiło, że Mikleo spytał się wpierw o mój dzień w pracy, a nie o ten cały proces, czy jak to tam nazwać. Czułem w sobie taki stres, że miałem wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Jeżeli źle to poprowadzimy... nie chciałbym, by Mikleo tracił dom. Widziałem, jak dobrze się tu czuł. I gdyby nie ludzie tutaj, też czułbym się nieźle. W końcu, mamy swój kącik, który jest tylko i wyłącznie nasz, ja mam ciężką, chociaż nie najgorszą pracę... Ciężko mi będzie opuścić to miejsce. 
– Dobrze, ale wszystko mnie boli – przyznałem, uśmiechając się najładniej, jak tylko mogłem w tamtej chwili. – Idę się umyć i ubrać w coś bardziej odpowiedniego. 
– Mhm. Dobry pomysł, byś się odświeżył. Przygotować ci coś do jedzenia? – zaproponował, uśmiechając się delikatnie. 
– Nie, nie. Zjadłem twoje śniadanie niedawno. Było przepyszne – przyznałem, podchodząc do niego, by ucałować go w czoło. Mieliśmy godzinę... no, niecałą. Prysznic zajmie mi najwyżej piętnaście minut, a ubranie się kolejne pięć. Resztę czasu mogę poświęcić jemu, a nawet muszę. Wyglądał spokojnie, ale byłem bardziej niż pewien, że denerwował się tak samo jak ja... jak nie bardziej. Chociaż, nie, chyba nie, ja bardziej przeżywam wszystko wokół mnie. Czasem zazdroszczę mu tego wewnętrznego spokoju. Też bym chciał być taki spokojny. Podchodzić do wszystkiego racjonalnie. Ale moje emocje mi na to nie pozwalają, zbyt łatwo im się poddaję. 
– Przesadzasz. To tylko kanapki – machnął ręką, jak zwykle będąc skromnym, zbyt skromnym. 
– Dla mnie to aż kanapki, nie dość, że zrobione przez ciebie, to jeszcze przecież nie musiałeś mu nic przygotowywać – powiedziałem zgodnie z prawdą, uśmiechając się szeroko. – Idę się umyć. Dołączysz do mnie? – zaproponowałem, nie mając nic złego na myśli. Chciałem tylko spędzić z nim czas. A taki prysznic... to chyba nie jest nic złego. Miło spędzimy czas. Może jego obecność sprawi, że chociaż trochę się uspokoję i zapomnę o tym, co mnie czeka. 
– No nie wiem... – przyznał, zerkając gdzieś w bok. 
– Nie zmuszę cię... ale to pozwoli nam obu się odstresować. A to nam się trochę może przydać – przyznałem, chwytając jego dłoń, drobną i ciepłą. To niedobrze. Przejmował się, i to na tyle mocno, że stawał się ciepły. Tak, muszę poświęcić mu czas, i go uspokoić. – No chodź. Mamy trochę czasu. Wykorzystajmy go tylko dla siebie, bo być może to mogą być ostatnie nasze chwile w tym domku. 
– Hej, nawet tak nie mów. Jeszcze nic nie wiadomo – pocieszył mnie, ale wyczułem w jego głosie niepewność. Myślał tak samo, jak ja. Też się tego obawiał. 
– Lepiej się nastawić na coś negatywnego, niż żeby się przykro rozczarować – powiedziałem cicho, ciągnąc go do łazienki. – Może jak dobrze pójdzie... to sama nasza obecność go zdenerwuje, pokaże swoją prawdziwą twarz i nic nie będziemy musieli udowadniać. Mocno go zdenerwowaliśmy ostatnio. 
– W sumie, to nie jest zła taktyka. Powiesz, że mnie kochasz, i coś czuję, że miałby problem z utrzymaniem spokoju – lekko sobie zażartował, ale w tych słowach było coś sprytnego. Gdyby się udało go zdenerwować... Wszyscy poznaliby prawdę. W sensie, cała ta Rada. A o to nam chodziło. 
– Więc mamy plan. I to niegłupi – wyszczerzyłem się do niego głupkowato, zaczynając się rozbierać. 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Byłem z siebie zadowolony. Przekonałem mojego chłopaka do tego, by odwiedził moją przyjaciółkę, chcę, by zadbał o tę relację... i mam nadzieję, że na tym nie stracę. Chcę po prostu jego dobra. Wiem, jak trudno mu z kimś nawiązać jakąś relację, trochę go znam, i dlatego tak dziwię się mu, że nie dba o tak długą i piękną przyjaźń. A może to dlatego, że Flora oczekuje od niego chce czegoś więcej? Mam nadzieję, że po jutrzejszym trochę się ogarnie, i zobaczy, że Haru jednak nigdy nie spojrzy na nią tak, jak ona na niego. I jeżeli naprawdę jest jego przyjaciółką, po prostu go zaakceptuje. 
– Było przepyszne – odpowiedziałem, odsuwając od siebie pusty talerz. Ależ ja się teraz czułem pełny... zapewne Haru specjalnie to zrobił. By mnie zapełnić, ja za chwilę poczuję się senny i tyle z tego będzie. Nie, na sen nie mogę sobie pozwolić. Na odpoczynek owszem, bo to jednak musi mi się wszystko ułożyć, bym mógł dalej go zadowalać. 
– Cieszy mnie, że ci smakowało – odparł, podnosząc się z krzesła, by zabrać mój talerz i jeszcze ucałować mnie w policzek. – Może jak już wszystko posprzątam, to pójdziemy na spacer? 
– Dobry pomysł. Zdecydowanie muszę chwilę odpocząć, a pogoda ładna jest. Miło będzie się gdzieś przejść – uśmiechnąłem się delikatnie. – Tylko ja się muszę ubrać.. I ty też. Takiego cię nie puszczę, nawet jakby cię nikt nie miał widzieć. 
– Jak dobrze, że myślimy podobnie. Idź się ubieraj – poprosił, co uczyniłem bez wahania. 
Ruszyłem na górę, do pokoju mojego chłopaka. Zastanawiałem się, co takiego ubrać, i w końcu doszedłem do wniosku, że nie ma to większego sensu, bo i tak wkrótce to wszystko i tak zostanie ze mnie zdjęte. Trochę szkoda, że Haru nie miał za bardzo jakichś rzeczy, które to chce na mnie zobaczyć. Jakiś szczególny styl, poszczególne ubrania... Chciałbym dla niego jakoś szczególnie się czasem ubrać, żeby to być dla niego atrakcyjnym. 
Więc skoro ubrania nie były dla niego ważne, ubrałem dosyć proste rzeczy; wziąłem jedną z jego bluz, bo była ciepła i wygodna, a jasne, dresowe spodnie. Wyglądałem zupełnie jak nie ja. Ale w sumie... kto mnie tu zna? Mogę ten jeden dzień wyglądać trochę inaczej. 
Przeczesując palcami włosy zszedłem na dół, mijając się po drodze z Haru. Zauważyłem w jego spojrzeniu jakąś iskierkę. Nic nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko i zniknął na górze. O co mu chodziło...? Wyglądałem gorzej? Bo na pewno nie lepiej, nie w takich zbyt luźnych ubraniach. 
Czekałem na niego cierpliwie przy drzwiach, bawiąc się trochę z Preclem. Kociak bardzo mnie polubił, a ja nie rozumiałem, dlaczego. Pierwszy raz się widzieliśmy, a on już mi na kolana wchodził... przeurocze maleństwo. 
– Jestem gotowy – usłyszałem nad sobą. Odsunąłem od siebie kociaka i podniosłem się ze schodów. – Pięknie wyglądasz. 
– Pięknie? Mam na sobie twoje rzeczy, które są dwa razy za duże – zmarszczyłem brwi, otwierając drzwi. 
– I dlatego tak pięknie wyglądasz – potwierdził, wychodząc za mną. 
– Jesteś dziwny. Moi byli woleli, kiedy miałem na sobie coś przylegającego, podkreślającego moją sylwetkę. Im bardziej wystawne stroje, tym lepiej dla nich. A ty? Założyłbym chyba worek po ziemniakach, a i tak byś mi powiedział, że pięknie wyglądam. Dziwne to. Kompletnie tego nie rozumiem – pokręciłem z niedowierzaniem głową. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

wtorek, 19 maja 2026

|
 Siedziałem spokojnie na łóżku, wpatrując się w okno. Przez chwilę obserwowałem drogę prowadzącą do chatki, aż w końcu dostrzegłem kobietę zmierzającą w stronę drzwi. Kojarzyłem ją, miałem pewność, że widziałem ją już wcześniej, jednak nie potrafiłem przypomnieć sobie ani jej imienia, ani miejsca, z którego mogłem ją znać. Nie wiedziałem też, czego mogła ode mnie chcieć.
Soreya nie było w domu, a w tak małej wiosce wieści rozchodziły się szybciej niż wiatr. Ludzie zapewne już dawno zauważyli jego nieobecność. Dlaczego więc przyszła właśnie teraz? Tego jeszcze nie wiedziałem.
Niepewnie podszedłem do drzwi. Gdy tylko rozległo się pukanie, uchyliłem je ostrożnie. W środku wciąż czułem nieprzyjemny ucisk niepewności i dyskomfortu. Mimo że mieszkańcy wioski wydawali się uprzejmi, nie ufałem im na tyle, by czuć się przy nich swobodnie. Byli dla mnie obcy.
- Witaj. Jestem Elenda - Odezwała się kobieta łagodnym, spokojnym głosem. - Przyszłam przekazać informację o zebraniu rady, które odbędzie się dzisiaj za godzinę. Mam nadzieję, że się pojawicie i że się nie spóźnicie. - Kobieta miała bardzo miły głos, taki bezpieczny po prostu przyjemny.
- Dzień dobry… będziemy - Odpowiedziałem ostrożnie, uważnie obserwując jej twarz i każdy, nawet najmniejszy ruch. - Sorey jest jeszcze u kowala. Miałem właśnie po niego iść. - Kobieta lekko pokręciła głową.
- Nie kłopocz się. Sama odwiedzę kuźnię i poinformuję Soreya o zebraniu. Ty zostań tutaj i, proszę, nie opuszczaj chatki, dopóki twój partner nie wróci. Chcielibyśmy, abyście pojawili się razem. - W jej głosie nie było groźby, a jednak coś sprawiło, że po plecach przeszedł mi chłodny dreszcz. - Kiwnąłem jedynie głową, nie chcąc zadawać zbędnych pytań. Po chwili zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami, nasłuchując oddalających się kroków Elendy. Cisza, która ponownie wypełniła chatkę, wydawała się dziwnie ciężka.
Pozostało mi tylko czekać na powrót Soreya.
Czekałem więc grzecznie na powrót mojego partnera, nie chcąc opuszczać chatki po tym, co powiedziała Elenda. Uznałem, że lepiej będzie zostać na miejscu. Co jeśli wyszedłbym po Soreya, a on w tym samym czasie wróciłby tutaj i czekał na mnie? Minęlibyśmy się bez sensu, ja szukałbym jego, a on mnie. Tym bardziej że kobieta wspominała, iż sama poinformuje go o zebraniu i poprosi, by wrócił prosto do domu.
I dobrze, że postanowiłem czekać.
Sorey pojawił się szybciej, niż się spodziewałem. Ledwie przekroczył próg chatki, a ja już dostrzegłem napięcie malujące się na jego twarzy. Wyglądał na zestresowanego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dziwiłem mu się ani trochę. W końcu to spotkanie mogło zadecydować o wszystkim. Jeśli coś pójdzie nie tak, będziemy musieli spakować cały swój dobytek i pożegnać się z tym spokojnym, przytulnym miejscem, które zdążyło stać się dla nas namiastką domu.
Podszedłem do niego powoli, starając się zachować spokój, choć sam czułem ścisk w żołądku.
- Dzień dobry… - Odezwałem się cicho. - Jak minął pierwszy dzień pracy? Wszystko w porządku? - Musiałem o to zapytać. Nie tylko po to, by choć trochę rozładować napięcie wiszące między nami, ale również dlatego, że naprawdę chciałem wiedzieć, co czuje człowiek, który znaczył dla mnie więcej niż ktokolwiek inny.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety