Zadowolony przytuliłem mojego chłopaka do siebie, ciesząc się jego obecnością. Dobrze, że się zgodził. Troszkę się odstresujemy, a jak się odstresujemy, będziemy w lepszych humorach, i pokażemy mojemu ojcu, że tak naprawdę to on się myśli. Że miłość pomiędzy nami jest prawdziwa, i całkowicie nieszkodliwa. Jedyne, czemu szkodzimy, to chyba jemu, i jego spaczonemu postrzeganiu świata.
– Czasem zdarza mi się wpaść na dobre pomysły – odpowiedziałem i ucałowałem jego kark. Szkoda, że nie będę mógł mieć chwili, kiedy to wszystko się skończy... No chyba, że skończy się niekorzystnie dla nas, i nas stąd wyrzucą, ale nie chciałbym tego. Już tu powoli się budujemy, ja zaczynam pracę, Mikleo... właśnie, Mikleo. Muszę o niego zadbać. Zajmowanie się domem na pewno nie jest dla niego zajmujące. Zwierzak byłby dla niego, no i dla mnie, chyba fajny pomysł. Nauczylibyśmy się, albo przynajmniej ja, odpowiedzialności. I zawsze coś więcej by się działo.
– Oparzyłeś się – zauważył w pewnym momencie, co mnie zaskoczyło. Zaraz też jednak przesunął opuszkami palców po moim przedramieniu, na którym było to zranienie, i... nic. – Nie do końca rozumiem, jak działa w twoim przypadku ogień. To twój żywioł. Nie powinien być wobec ciebie taki... Agresywny.
– A myślisz, że ja rozumiem? – mruknąłem, trochę zawstydzony. On był taki niesamowity ze swoim żywiołem wody, i taki był odkąd pamiętam. A ja nie dość, że tak późno odkryłem mój żywioł, to jeszcze nie potrafię za bardzo zapalić głupiej świeczki. Znaczy, finalnie mi się udało, ile się naprodukowałem, to moje. – To taki trochę destrukcyjny żywioł. Więc chyba póki nie nim nie zapanuję, no to będzie mógł skrzywdzić i mnie, i ciebie. Mnie to pal licho, nie chciałbym ciebie skrzywdzić.
– Na szczęście mogę leczyć i siebie, i ciebie. Nic złego nam się nie stanie – odparł lekko, kompletnie tym nieprzejęty. – Jakoś nad tym zapanujemy. Może coś w bibliotece o tym będzie. Postaram się o tym poczytać, jak będziesz w pracy.
O ile dalej będziemy tutaj mieszkać, pomyślałem, ale nic takiego nie powiedziałem. Koniec złowróżenia. Miałem jego, a póki jego miałem, wszystko będzie w porządku. Niezależnie od werdyktu. Najważniejsze było to, by był tuż obok mnie. Znalazłem moją drugą połówkę, i nie oddam jej tak łatwo. Tak właściwie, to w ogóle jej nie oddam. Chyba, że sam zechce ode mnie odejść. Wtedy będzie mnie to bolało, owszem, ale nic nie będę mógł z tym zrobić.
– Chyba, że jestem jakimś szczególnie beznadziejnym przypadkiem. Może przez to, że ta anielska krew jest... rozrzedzona? – rzuciłem, szurując wpierw jego ciało. Na moje przyjdzie później kolej.
– Właściwie, Nefilimy są silniejsze od swoich anielskich rodziców – odparł, na co się skrzywiłem, wątpiąc w jego słowa. Całe swoje życie niczym się nie wyróżniałem. Niewiele potrafiłem. Nawet ze skrzydłami miałem problem, musiała wydarzyć się dosłownie sytuacja zagrażająca życiu, i to nie mojemu, by przywołać ich fizyczną formę. Jakby Miki był moim zapalnikiem.
– Zawsze jest wyjątek od reguły. I chyba ja akurat jestem tutaj takim trochę małym wyjątkiem – powiedziałem cicho, zaczynając myć jego włosy. Jego kosmyki były coraz to dłuższe, i dodawały mu uroku, moim skromnym zdaniem. Ale najważniejsze, by to mój chłopak się czuł dobrze. Jak będzie chciał, zapuści włosy, a jak nie, to je skróci. Ja i tak będę go kochał całym moim sercem.
– Nie uważasz, że za mało w siebie wierzysz?
– A ty nie uważasz, że może trochę za wiele we mnie widzisz? Znasz mnie prawie całe moje życie. Nigdy nie wyróżniałem się niczym wyjątkowym. Nie miałem nigdy żadnych wyjątkowych mocy, umiejętności, ani nie jestem mądry czy nawet jakoś bardzo ładny. Jestem całkowicie przeciętny, i chyba raczej taki pozostanę – wzruszyłem ramionami, całkowicie z tym już pogodzony. Nie wiem, jak on mógł widzieć we mnie kogoś niezwykłego, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią coś całkowicie innego.
<Owieczko? c:>