Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 1 lutego 2026

|
Od razu zauważyłem, że Sorey wrócił do domu zupełnie załamany. Najgorsze było to, że był cichy, nienaturalnie cichy. Mało rozmowny, zamknięty w sobie. Nie chciał wytłumaczyć, co się stało, nie chciał w ogóle mówić. Rzucił tylko krótkie, wymuszone:
Nic się nie stało.
Ale ja wiedziałem. Wiedziałem, że coś było bardzo nie tak.
Zauważyłem sakiewkę, którą niedbale rzucił na stolik. Była lekka, zbyt lekka. Serce ścisnęło mi się w piersi. Coś podpowiadało mi, że właśnie stracił pracę. Że nikt nie da mu tu już kolejnej szansy. A jego ojciec… jego ojciec tylko na to czekał. Już zaczynał się mścić.
Jak można być takim draniem? Jak można być tak okrutnym wobec własnego dziecka?
Nie, nie potrafię tego nawet nazwać ojcostwem. To potwór, nie człowiek.
- Sorey?- Odezwałem się cicho, ostrożnie, jakbym bał się, że jedno słowo za dużo może go rozsypać. Podszedłem bliżej i położyłem dłoń na jego ramieniu.
Wtedy pękł.
- I co my teraz zrobimy? - Zapytał drżącym głosem. - Co ja mam teraz robić? Straciłem pracę. Ludzie mnie nienawidzą. Mój pożal się Boże ojciec zrobi wszystko, żebym cię porzucił. Nie wiem, jak mam to znieść… nie wiem, jak sobie z tym poradzić. -Mówił szybko, zbyt szybko, jakby bał się, że jeśli przestanie, to już nigdy nie zbierze się na odwagę. Przesadzał, wiedziałem to, ale to był strach, nie logika. Czysta rozpacz.
~ Przecież nie będzie aż tak źle - Pomyślałem. Jestem przy nim. Zaopiekuję się nim. Znajdę pracę, jeśli będzie trzeba, wesprę nas oboje. A jeśli i to się nie uda… wtedy odejdziemy stąd. Razem. Najpierw jednak pomogę mu odkryć prawdę, kim była jego matka, kim naprawdę jest. 
- Sorey… - Powiedziałem łagodnie. - Nie martw się. Będzie dobrze. - Spojrzał na mnie niepewnie. - To, że straciłeś jedną pracę, nie oznacza końca świata. Naprawdę. - Uśmiechnąłem się słabo. - Mamy siebie. A to jest najważniejsze. Dzięki naszej miłości przetrwamy wszystko. Będziemy się wspierać i chronić nawzajem przed całym złem tego świata. - Westchnął ciężko, a potem podniósł wzrok. Jego oczy… były pełne bólu. Załamane, zmęczone, jakby mówiły więcej niż tysiąc słów. Serce mi pękło.
Moje biedactwo. Tak bardzo było mi go szkoda.
I wtedy dotarło do mnie, że nie muszę mówić nic więcej. Że czasem słowa nie są najważniejsze. Chciałem go przytulić. Chciałem, żeby poczuł, że jestem tu. Że mnie potrzebuje, tak samo, jak ja potrzebuję jego. Że nie jest sam. Nigdy.
Nie mówiąc już nic więcej, po prostu go przytuliłem i delikatnie pocałowałem w policzek. W głowie kłębiły mi się myśli, zastanawiałem się, co powinienem zrobić, jakich słów użyć, by go wesprzeć. Chciałem zrobić wszystko, absolutnie wszystko, żeby poczuł się choć odrobinę lepiej.
A jednak gdzieś głęboko wiedziałem, że w tej chwili słowa mogą być zbędne. Że czasem największym wsparciem jest po prostu bycie obok. Cisza. Obecność.
Oparłem głowę na jego ramieniu, a moją dłoń położyłem na jego dłoni, ściskając ją mocniej, jakbym chciał przekazać mu w ten sposób to, czego nie potrafiłem ubrać w zdania. Jestem tu. Nie odchodzę.
- Wiesz, że mimo tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas…- Wyszeptałem cicho. - Będę cię kochał i wspierał tak długo, jak tylko mi na to pozwolisz. - Miałem nadzieję, że te słowa, nawet jeśli niewielkie, dotrą do niego. Że poczuje, iż nie jest sam. Że niezależnie od bólu, strachu i chaosu, który go otacza, ma mnie. I że to wystarczy, chociaż na ten jeden moment.

<Pasterzyku? C:> 

Od Haru CD Daisuke

|
 Mimo szczerej niechęci nałożyłem na twarz przysłowiową maskę szeroki, sztuczny uśmiech i ruszyłem na miasto wraz z moim partnerem, by zrobić zakupy, o które prosiła moja babcia. Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale nie potrafiłem jej zawieść. Nie mogłem powiedzieć nie. Przecież ona sama na zakupy… Oczywiście mogła pójść sama, ale po co?
Byłem jej wdzięczny. Za to, że mnie wychowała. Za to, że pomogła mi w najtrudniejszych momentach mojego życia. Za to, że zaprosiła mnie i mojego partnera do siebie, chcąc spędzić z nami czas, stworzyć choć namiastkę rodzinnego ciepła. W tej chwili nie mogłem zachowywać się tak, jakbym czegoś od niej oczekiwał. Skoro sam potrzebowałem pomocy, byłem zobowiązany, jako jej wnuk, pomóc jej bez narzekania. Nawet jeśli wyjście do miasta, miejsca pełnego ludzi, którzy mnie nienawidzą, miało kosztować mnie więcej, niż chciałem przyznać.
Chwyciłem dłoń mojego partnera i wziąłem kilka głębokich wdechów oraz wydechów, zanim opuściliśmy dom. Starałem się nie myśleć negatywnie, te myśli zawsze kończyły się nieprzyjemnym uciskiem w żołądku i jeszcze większą niechęcią do miejsca, które tak bardzo mnie stresowało. Każdy krok w stronę drzwi był jak mała walka z samym sobą.
- Nie musisz się stresować - Odezwał się Daisuke, najwyraźniej wyczuwając moje emocje, które zapewne uderzały w niego ze zdwojoną siłą. - W razie czego powiem im, co o nich myślę.
- Przepraszam - Przyznałem cicho, nerwowo drapiąc się po głowie i uśmiechając się do niego przepraszająco. - Nie chcę obarczać cię swoimi emocjami, ale… nie potrafię nad tym zapanować. - Przyznałem, czując się źle z powodu swojego nieświadomego zachowania.
- Haru, nie mam do ciebie o nic pretensji - Odpowiedział spokojnie. - Będzie dobrze. Nie przejmuj się ludźmi. Oni zawsze będą gadać, bez względu na to, co by się działo. Komentować potrafią wszyscy, ale zrozumieć… już nie. - Jego słowa działały jak kotwica. Nawet nie wiedział, jak bardzo mi w tej chwili pomagał, samą obecnością, spokojem w głosie i ciepłem dłoni, której nie puszczał ani na moment.
Uśmiechnąłem się do niego łagodnie, wchodząc do miasta, gdzie niemal natychmiast zetknąłem się ze spojrzeniami, ciężkimi, nachalnymi, przytłaczającymi. Czułem je na sobie jak dotyk, którego nie chciałem, jak coś, co wdzierało się pod skórę i powoli odbierało mi siły. To one męczyły mnie najbardziej. To ich bałem się od zawsze. A jednak, z dwojga złego, wolałem znosić spojrzenia niż słowa, słowa potrafiły ranić głębiej, boleśniej niż jakikolwiek cios zadany dłonią.
Chciałem tylko kupić to, co najważniejsze, i wrócić do domu. Nic więcej. Trzymałem się tej myśli kurczowo, jakby była jedyną rzeczą, która mogła utrzymać mnie w równowadze. Zrobię tylko to, co muszę, a muszę zrobić zakupy, powtarzałem sobie w myślach, a potem wrócę. Nic innego nie ma znaczenia.
Podążałem przed siebie, idąc wyznaczoną w głowie trasą, skupiony wyłącznie na kolejnych punktach, które musieliśmy odwiedzić. Nie patrzyłem na ludzi. Unikałem ich wzroku, jakby kontakt z nim mógł mnie złamać. Spoglądałem jedynie na mojego partnera, na jego spokojny uśmiech, który nie znikał z twarzy. Cały czas był obok, próbując podnieść mnie na duchu, osłonić choć w niewielkim stopniu przed oceną ludzi, którzy i tak już dawno wiedzieli swoje, nawet mnie nie znając.

<Paniczu? C:>

Od Soreya CD Mikleo

piątek, 30 stycznia 2026

|
 Ja bym w życiu nie potrafił być taki, jak on. Są dla mnie rzeczy, które są niewybaczalne. Może od razu porzucenie dziecka nie jest aż tak straszne, zależy od powodu, ale jak na razie w ogóle nie widzę żadnej dobroci w nim. Widzę tylko wrogość. Obrzydzenie. Co prawda, jak byłem mały, to jeszcze nie mogli tego wiedzieć, ale i tak coś we mnie sprawiło, że nie wychowałem się tutaj. Może też dziadek Mikiego by coś wiedział... ale nie wiem, czy chciałbym z nim rozmawiać. Zawsze był nieprzyjemny wobec mnie. I Mikleo. I chyba w sumie każdego, ale wobec Mikleo i mnie to wyjątkowo chłodny był. Oby ta pani bibliotekarka coś wiedziała. Bo jeżeli nie ona... to co ja zrobię? Nie zostanie mu już nic. 
– Jesteś niesamowity – odpowiedziałem, tuląc go mocno do siebie. – A ja chyba muszę wstać do pracy – dodałem, czując się, jakbym połknął głaz. Taki lodowaty. Albo ogromną bryłę lodu. Coś czuję, że jedyne, po co tam pójdę, to po pieniądze, jakie zarobiłem przez te kilka dni. Będzie tego dużo, ale może tak starczy na te kilka dni? Oby tak. Muszę mniej jeść, i mniej kupować, to jakoś to może będzie. 
– Może ja bym coś znalazł? Wiem, że umowa była inna, ale sytuacja troszkę się zmieniła – zaproponował, gładząc mój policzek. 
– Coś czuję, że będziesz musiał. Bo wrócę zaraz, z kilkoma monetami zaledwie i bez zatrudnienia – powiedziałem, powoli podnosząc się do siadu. Oby tylko oszczędził mi zbędnych słów. Wystarczy, że mi powie, że już mogę nie przychodzić. 
– Damy sobie radę. Zawsze – obiecał, składając na moim policzku delikatny pocałunek. – Przygotować ci coś do jedzenia? – zaproponował, na co pokręciłem głową. 
– Nie, dziękuję. Mam tak ściśnięty żołądek, że nic nie przełknę. Nawet kawy – odparłem, wstając z łóżka. – Śpij. Nie przejmuj się mną. 
– Żeby to było takie proste – cicho westchnął, odprowadzając mnie spojrzeniem do łazienki. 
Szybko się ogarnąłem. Nie miałem w końcu za dużo do roboty. A jeszcze szybciej wróciłem z roboty. Tak jak podejrzewałem, kiedy błogosławieństwo ojca się skończyło, skończyła się i praca, chociaż kowal zgonił to na niezadowalające wyniki, i wręczył mi małą sakiewkę z kilkoma monetami. Mimo, że tego się właśnie spodziewałem poczułem, jakby mi ktoś tak w twarz przyłożył. Trochę zdołowany, zawstydzony, wróciłem do domku. Ci, którzy wstali taką wczesną porą, czy to na zakupy, od pracy, na pole, wpatrywali się we mnie intensywnie, szeptając między sobą i wskazując na mnie palcami. Z jednej strony czułem wstyd, i chciałem zapaść się pod ziemię. A z drugiej byłem na nich wściekły. Aż tak głupi to ja nie jestem, by nie dostrzegać tych wszystkich paluchów i nie słyszeć szeptów. Traktowali mnie jak trędowatego... za co? Za to, że kocham? Przepraszam, że jestem człowiekiem, i mam uczucia. 
Wszedłem do domku bez słowa. Rzuciłem lichą sakiewkę na stół, a następnie usiadłem na krześle, podciągając kolana pod brodę i ukryłem się pod skrzydłami. Zarobiłem mniej pieniędzy niż podejrzewałem... i co ja teraz zrobię? Za co będziemy żyć? Za co ja będę żyć. Niby widziałem, ale jednak... trochę się łudziłem, że może jakoś to będzie. Coraz więcej jednak kłód było pod moimi nogami, i sukcesywnie się o nie potykałem... 

<Owieczko? c:>

Od Daisuke CD Haru

|
 Czułem, że nastrój Haru znacznie się zmienił. Nie trzeba było mieć moich umiejętności, by wiedzieć, że nie chciał tam wyjść. Nie mogłem go za to winić. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego ci wszyscy ludzie tak go nienawidzili, odsunęli od swojej społeczności. Myśleli, że on tego chciał? Że specjalnie zabił swoich najbliższych? Jeżeli tak... to ja po prostu nie chcę widzieć, co mają w głowach. Społeczność tutaj jest jeszcze gorsza niż w moim otoczeniu... A już na pewno tak samo zła. Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem jego dłoń, posyłając mu delikatny uśmiech, kiedy podniósł na mnie swój wzrok. Niezależnie od tego, co myślą o nim inni, ja będę przy nim. Dla mnie jest najwspanialszym chlopakiem, jaki to chodził po ziemi, i zdania nigdy nie zmienię. Czemu ludzie nie mogą dostrzec tego, co ja? Wystarczy tylko trochę wsparcia, wiary w niego, i jest zupełnie innym człowiekiem. 
– Kocham cię – wyszeptałem, uśmiechając się lekko. Te dwa słowa zdecydowanie poprawiły mu humorze a to mi wystarczyło. 
– Ja ciebie też – odparł, ściskając w odpowiedzi moją dłoń. – Te kanapki wyszły wam przewyborne – dodał, pochłaniając kolejną kanapkę z wędliną. Ich zrobiliśmy najwięcej, głównie ze względu na ich wilkołacze geny. A te bezmięsne były raczej dla mnie, i były one raczej pojedyncze. Swoją drogą, strasznie dużo jadł. Ale to dobrze. Niech je, nabiera sił. I tak sobie teraz myślę... może to ja powinienem zapłacić za te zakupy? I dobrać im coś jeszcze? Przecież mnóstwo pieniędzy musiała pani wydać na to, że ja przyjeżdżam. Tak, powinienem im się jakoś odwdzięczyć. A dla mnie przecież zapłata za zakupy to nic takiego. 
– Ja tam niewiele zrobiłem. To głównie twoja babcia dyrygowała, ja tylko krzywo kroiłem rzeczy do kanapek – dodałem, uśmiechając dopijając swoją kawę. Poza tym, że mnie trochę rozgrzała od środka, niewiele zrobiła. Naprawdę dzisiaj wcześnie odpłynę. 
– To i tak dużo, i jestem bardzo wdzięczny za to śniadanie – przyznał, wracając do pochłaniania kolejnych kanapek już w znacznie lepszym humorze. 
Czekaliśmy cierpliwie, aż jego babcia wróci do nas z listą oraz pieniędzmi, które były całkowicie niepotrzebne, ale jeszcze o tym nic nie mówiłem. Zerknąłem z zaciekawieniem na kartkę, dopisując sobie własne produkty. Na pewno trochę warzyw, trochę owoców, może słodkości? Haru wspominał, że jego babcia lubi słodkie, ale nie widzę tutaj za wiele słodyczy, więc na pewno miło będzie jej podarować kolejne słodkości. No i wędliny, jakieś lepsze wędliny też byłyby dobrym wyborem. Ciężko tu jednak będzie dobrać coś, co się nie zepsuje. Tak bez lodówki, i zamrażarki ciężko cokolwiek dobrać. Wszystko musi być świeże... Jak na rasę głównie mięsożerną to problematyczne, codziennie tak musieć chodzić i kupować świeże mięso. 
– Szybko się z tym uwiniemy – obiecał Haru, wstając od stołu i składając na jej policzku pocałunek. – Idziemy? – rzucił w moim kierunku. 
– Idziemy, idziemy. Tylko włosy byś troszkę poprawił, co? – mruknąłem, stając na palcach, by wygładzić jego najbardziej odstające kosmyki. 
– A co to za różnica? I tak nastawienie tych ludzi się do mnie nie zmieni – mruknął niezadowolony. 
– Ale ja będę na ciebie patrzeć, a jak masz ładnie ułożone włosy, to od razu jakoś tak przyjemniej mi jest – odparłem, uśmiechając się ładnie. Przeczesałby czasem włosy, i zupełnie inaczej wyglądał. – Moj przystojniak – dodałem, i ucałowałem go w linię żuchwy. 

<Wilczku? c:>

Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 29 stycznia 2026

|
 Oczywiście, że miałem rację. Czułem, że dzięki mojemu wsparciu podniesie się, że poradzi sobie z tym drobnym problemem, który akurat teraz go dopadł. Wiedziałem, że właśnie tego najbardziej potrzebuje, obecności, poczucia, że ktoś jest przy nim bez względu na wszystko.
A ja byłem. I będę tak długo, jak tylko mi na to pozwoli.
Pomogę mu dowiedzieć się, kim są jego rodzice, a raczej, kim jest jego mama i dlaczego go zostawiła. O ojcu zdążyliśmy już dowiedzieć się wystarczająco dużo. I szczerze? Tak okropnego ojca, jakiego ma on, nie życzę nikomu. Nigdy nie chciałbym mieć rodzica, który potrafi zachowywać się w tak podły, bezduszny sposób.
Położyliśmy się razem do łóżka, szczelnie okrywając się kołdrą i ogrzewając nawzajem swoje ciała. Leżeliśmy w ciszy, wtuleni w siebie, i właśnie to było nam w tej chwili najbardziej potrzebne. Nasza bliskość, nasze towarzystwo, nawet milczenie.
To nie była zła cisza. Wręcz przeciwnie. Była spokojna, kojąca, dawała poczucie bezpieczeństwa. Tego wewnętrznego spokoju, którego obaj tak bardzo teraz potrzebowaliśmy.
Sorey wtulony w moje ciało wyglądał na śpiącego. Na bardzo zmęczonego. Czułem, jak powoli zasypia w moich ramionach, oddychając coraz ciszej i równiej. A ja… ja również czułem ten komfort psychiczny, który przychodzi tylko wtedy, gdy obok jest ktoś naprawdę bliski.
Zamknąłem oczy i zasnąłem, mając przy sobie osobę, którą kochałem.

Wtulony w jego ciało obudziłem się dopiero wtedy, gdy mój partner poruszył się na łóżku. Przeciągnął się leniwie, rozprostowując zmęczone mięśnie, a potem objął mnie mocniej ramionami, jakby chciał upewnić się, że wciąż tu jestem.
- Lepiej się czujesz? - Zapytałem cicho, gdy tylko zauważyłem, że już nie śpi. Patrzył na mnie uważnie swoimi wielkimi, zielonymi oczami, w których wciąż czaiło się zmęczenie.
- Trochę tak… - Odpowiedział po chwili. - Chociaż czy mogę czuć się lepiej, wiedząc, że mój ojciec mnie nienawidzi? - Wciąż zbyt mocno to przeżywał. Oczywiście, chciał mieć rodzinę. Chciał mieć tatę i mamę, jak każde dziecko, które nigdy ich tak naprawdę nie miało. Ale nic nie zmieni faktu, że jego ojciec jest homofobem i nie potrafi zaakceptować tego, że jesteśmy razem. Że jesteśmy szczęśliwi.
- On cię nie nienawidzi - Powiedziałem spokojnie, uśmiechając się do niego delikatnie. - On po prostu nie rozumie tego, że kochasz mężczyznę. Chciałby, żebyś był taki jak on. „Normalny” w jego oczach. Żebyś kochał kobietę, tak jak on. - Sorey słuchał uważnie, nie przerywając. - Ale to nie znaczy, że uważa cię za złego człowieka - Dodałem ciszej. - Dla niego jesteś raczej zagubiony. I on desperacko chce zrobić wszystko, żebyś znów był „normalny” w jego rozumieniu. - Zawsze potrafiłem tłumaczyć rzeczy, które dla innych były zbyt skomplikowane. Zwłaszcza wtedy, gdy chodziło o emocje.
- Jak ty to robisz? - Zapytał, kładąc dłoń na moim policzku.
- Co takiego robię? - Dopytałem, unosząc jedną brew, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi. Przecież tylko powiedziałem to, co myślę. Niczego nadzwyczajnego. Nie użyłem żadnej mocy, nie uchroniłem go przed okrutnymi myślami, które męczą jego głowę. Po prostu rozmawiamy… To normalne. Może nawet trochę mu pomaga.
- Potrafisz wyciągnąć choć odrobinę dobra nawet z najgorszych sytuacji - Stwierdził cicho, jego spojrzenie pełne było szczerego zdziwienia i podziwu.
- Ja po prostu widzę dobro w każdym, nawet jeśli ktoś na nie nie zasługuje - Odpowiedziałem, uśmiechając się delikatnie do niego.
Sorey odwzajemnił mój uśmiech, a w jego oczach pojawiła się ta spokojna, ciepła pewność, która zawsze sprawiała, że moje serce biło szybciej.

<Pasterzyku? C:>

Od Haru CD Daisuke

|
 Niespecjalnie chciałem wychodzić na miasto. Szczerze mówiąc, nigdy tego nie lubiłem. W tych ulicach, między spojrzeniami obcych ludzi, zawsze czułem się jak ktoś napiętnowany. Tutaj mnie nienawidzą. Nie za to, kim jestem teraz, lecz za to, co zrobiłem kilkanaście lat temu.
Nikt mi tego nie wybaczył. W przypływie gniewu, w chwili całkowitej utraty kontroli nad własnym ciałem, nad umysłem, nad samym sobą, zabiłem moich rodziców, których tak bardzo kochałem. Zabiłem także mojego brata. Od tamtej pory każde spojrzenie, każdy szept, każda cisza przypominały mi o tym jednym momencie, który zniszczył wszystko. Ludzie nigdy nie próbowali zrozumieć. Nikt nie zapytał, co się wtedy wydarzyło. Dlaczego nie zapanowałem nad sobą. Co działo się w mojej głowie. Zamiast tego wszyscy wiedzieli lepiej. Oceniali. Wydawali wyroki szybciej, niż byli w stanie wysłuchać. I chyba właśnie dlatego tak bardzo boję się wychodzenia na zewnątrz, bo świat na zewnątrz już dawno mnie skazał.
Jedyną osobą, która nie nosi w sobie żalu, jest moja babcia. Paradoksalnie to ona straciła najwięcej, a mimo to daje mi ciepło, miłość i energię do przetrwania kolejnego dnia. Nawet wtedy, gdy ja sam katuję się myślami o przeszłości, ona potrafi spojrzeć na mnie z łagodnością, której nie potrafię znaleźć w sobie. Jej zrozumienie boli bardziej niż cudza nienawiść, bo wiem, jak wiele jej odebrałem.
 Nie wiem, czy towarzystwo mojego partnera coś zmieni. Daisuke potrafi spojrzeniem powiedzieć więcej niż inni słowami. Jego oczy umieją skrytykować, obnażyć, zmusić do konfrontacji, bez jednego dźwięku. A jednak to właśnie on stoi obok mnie.
To dziwne i niemal niewiarygodne, że ktoś taki jak on może mnie kochać. Może kocha mnie nie mimo mojej przeszłości, lecz razem z nią, wiedząc, że będzie ona zawsze częścią mojej codzienności. Moją najciemniejszą, a jednocześnie najbardziej nieodłączną przyszłością.
Kiwnąłem jedynie głową. Pomyślałem swoje, ale nic już nie powiedziałem. Spokojnie, bez zbędnego gadania, zabrałem się za jedzenie swojego posiłku. Muszę przyznać, że tego dnia byłem wyjątkowo głodny. Chyba po prostu potrzebowałem zjeść więcej, zapełnić ten uporczywy głód, który męczył mój biedny żołądek. Co jak co, ale czasem faktycznie jem zbyt mało. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, a mimo to zwykle ją omijam. Staram się o tym nie myśleć i jem tylko tyle, ile mogę.
Cóż… tak to już bywa, gdy nie jest się zbyt bogatym i trzeba liczyć każdą złotówkę, by móc zjeść cokolwiek. Nawet wtedy, gdy głód daje o sobie znać mocniej, niż chciałoby się przyznać.
 Najedzony i usatysfakcjonowany posiłkiem mimo, że były to jedynie zwyczajne kanapki, poczułem ulgę. Wypełniły mój żołądek dokładnie wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowałem.
- Zrobię zaraz wam listę, poczekajcie chwilę - Odezwała się babcia, wstając od stołu. Na chwilę zniknęła w kuchni, zapewne po to, by spokojnie sporządzić swoją listę zakupów. Wypisze po kolei wszystko, co mamy kupić, a właściwie to, co ja kupię. Bo przecież mój panicz nie będzie nic kupował, on ma tylko być moim towarzyszem, nic poza tym.
A ja zrobię to jak najszybciej, jak tylko się da. Im szybciej, tym lepiej. Choćby po to, by uniknąć ludzi, którzy i tak powiedzą albo zrobią coś, co zaboli mnie gdzieś głęboko w środku.

<Paniczu? C:> 

Od Soreya CD Mikleo

|
 Jaki on był kochany... Robił wszystko, by mnie pocieszyć, chociaż ja już powoli zacząłem tracić nadzieję, że cokolwiek uda się nam ustalić. Znaczy, mnie. To wszystko jest bardziej skomplikowane, niż początkowo się wydawało. Miałem chęci, owszem, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem, myślałem, tym więcej widziałem problemów. Z ojcem, znaczy się Ezekielem, nie mam co rozmawiać. Nie, póki myśli, że miłość do osoby tej samej płci to coś złego. Może być kim sobie tam chce, nie obchodzi mnie to, jak chce, może się mnie nawet wyrzec. Nie będzie mi tego szkoda. Od zawsze to Mikleo był moją rodziną, ale i tak... chcę wiedzieć, dlaczego. Co wtedy we mnie ujrzeli, że postanowili mnie oddać starszemu Serafinowi. I czemu tenże Serafin przekazywał mnie dalej. 
– Może być coś słodkiego. Chociaż, z chęcią bym się napił czegoś procentowego – powiedziałem, nie odsuwając się od niego chociaż na milimetr. Był wszystkim, co miałem. Jak go stracę, nie będę miał nic. 
– Słodkiego mamy, ale niestety, nic procentowego – pokręcił przecząco głową, nieco rozbawiony. – I nie wiem, czy ktokolwiek by ci sprzedał alkohol. 
– Teraz to wątpię, by ktokolwiek mi cokolwiek sprzedał. Pewnie o pracy też już mogę zapomnieć – cicho westchnąłem, trochę zestresowany. Pracowałem raptem kilka dni, wypłata będzie niewielka, o ile w ogóle ją dostanę, a już niedługo trzeba będzie zrobić zakupy. Może... powinienem zacząć mniej jeść? Ale to też nie ma sensu, te produkty prędzej czy później się zepsują. 
– Przecież nie skażą nas tutaj na śmierć głodową, tak? – uśmiechnął się delikatnie, zalewając gorącą wodą czekoladę. Ale nie taką, którą to ja robiłem, tylko trochę jej ułatwioną wersję. No ale, też była dobra. Wszystko, co było czekoladowe, było dobre. – Ułoży się. Pokażemy im, że nie jesteśmy tak źli, jak nas przedstawia Ezekiel. Wszystko będzie dobrze – odwrócił się w moją stronę, a następnie chwycił w dłonie moje policzki. – Nie myśl o tym teraz. Nie ma to sensu, wiesz? Jutro też jest dzień, a dzisiaj musisz się odstresować – dodał, składając na linii mojej żuchwy delikatny pocałunek. – Chodźmy. Połóżmy się. Wypijmy. I zobaczysz, będzie zupełnie inaczej – obiecał mi, wkładając mi w dłoń jeden z kubków. 
– Obyś miał rację – powiedziałem cicho, idąc za nim do łóżka, by zakopać się w pierzynie. Jak już zdążyłem przyzwyczajać się do kwestii, że moja rodzina zawsze będzie dla mnie zagadką, tak teraz nagle los wyskakuje mi z czymś takim. I nie wiem, co gorsze. Ta niewiedza, czy świadomość? I jeszcze jego słowa o ogniu we mnie... a jak nie zdołam nad nim zapanować? I znowu skrzywdzę Mikleo? Albo kogoś zupełnie niewinnego? Dopóki nie zacząłem czuć silnej złości, nawet nie miałem pojęcia, że mam w sobie coś z ognia. I nie do końca wiem, jak nad tym panować, albo co mogę z nim zrobić.

<Owieczko? c:>

Etykiety