Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 29 czerwca 2026

|
 Spojrzałem zaskoczony na niego, bo nie spodziewałem, że powie coś o mnie. W końcu. To nie o mnie mu chodziło, tylko o niego, czemu w ogóle wspominał o mnie...? Chociaż, patrząc na mojego tatę, chyba zadziałało. Zdenerwował się. Może coś do niego dotrzeć, jak ktoś mu powie wprost, co zrobił, trochę się ogarnie. W końcu, poza Mikim jest moją jedyną rodziną. Jeśli jednak będzie się tak zachowywać dalej, nie będę chciał z kimś takim mieć cokolwiek wspólnego... Co oczywiście możliwe nie jest. Już przecież mam takie geny jak on, i to też mnie trochę przeraża.
Swoją drogą, Mikleo tak pięknie się wysławiał. Przy nim ja brzmiałem jak jakiś nieuk i totalny idiota. W sumie, tak też przecież było. Dobrze, że Mikleo ze mną przyszedł. Ładnie wszystko powiedział jednocześnie trzymając się tematu, na pewno go posłuchają, nie to co mnie. Mnie i tak nikt nigdy nie słucha. 
– To prawda? – rada skierowała się ku mnie, ale to mój tata zabrał głos. 
– Koloryzują to wszystko. Chciałem przygotować chłopca do dorosłego życia, i to narzekanie udowadnia tylko, że nie nadaje się do naszej społeczności – odpowiedział, a ja poczułem, jak jego słowa mnie odrobinkę zabolały. Dalej po tym wszystkim nie widzi swojej winy i uważa, że się tu nie nadaję? 
– Nawet jeśli się tu nie nadaję, nie masz żadnego prawa, by atakować Mikleo, bo nie podoba ci się nasz związek. On ci nic nie zrobił – powiedziałem cicho, wpatrując się w swoje dłonie. Zaraz po tym Mikleo położył swoją dłoń na mojej dłoni, delikatnie ją ściskając. Zerknąłem na niego i zauważyłem, że uśmiechał się do mnie delikatnie, wspierająco. Nieśmiało odwzajemniłem ten uśmiech. 
– Mam prawo piętnować takie bluźnierstwo wobec wobec Boga – powiedział, a ja poczułem, jak serce podskakuje mi do gardła. Jeśli rada twierdzi tak samo, to zdecydowanie będzie nasz koniec tutaj. 
– Tylko go kocham. Darzę go najpiękniejszym uczuciem, jakim tylko można darzyć drugą osobę. Nie wiem, jak to może być bluźnierstwem – odparłem cicho, trochę zrezygnowany. Byłem pewien, że Rada podzieli jego zdanie. Że też uzna, że miłość dwóch osób tej samej płci to dość złego. 
– W naszym miasteczku nie ma miejsca na dyskryminację, Ezekielu – powiedziała karcąco jedna z członkiń rady, a mi serce zabiło szybciej. Czyżby...?
Ezekiel zaczął trochę wykłócać się z radą, a my z Mikleo nic nie mówiliśmy. Dla nas bardzo dobre było to, że się wykłócał, a nawet trochę nas obrażał, pokazujemy tym samym, że mamy rację. A jednak trochę mnie to bolało. Mimo wszystko, miałem małą nadzieję, że jednak dojdzie do jakichś wniosków. Że zobaczy we mnie syna, że zobaczy, jak nas skrzywdził. Ale wychodzi na to, że nie. Może i powinienem być przyzwyczajony do tego, że byłem przerzucany od rodziny do rodziny i niechciany przez nikogo, a jednak teraz bił jest zmiennie taki sam. Wbiłem wzrok w swoje dłonie, słuchając zeznań kowala i o tym, jak go szantażował, by traktował mnie bardziej surowo. Nie wiem, co on chciał tym osiągnąć, ale chyba mu się udało, bo po tym wszystkim czuję się bardzo zrezygnowany. I to wszystko chyba tylko dlatego, że kocham Mikleo. 

<Owieczko? c:>