Od Mikleo CD Soreya

piątek, 12 czerwca 2026

|
Przeanalizowałem jego pytanie patrząc przez chwilę w jego zielone oczy 
Szczerze mówiąc, dla mnie był i nadal jest idealny. Nie musiał być doskonały ani pod względem wyglądu, ani charakteru. Wystarczyło mi, że był i co najważniejsze nadal jesteś sobą. Dokładnie takim, jakim go poznałem. To zawsze było dla mnie najważniejsze.
Uśmiechnąłem się do niego ciepło, nie odrywając od niego wzroku. Z uwagą obserwowałem, jak przygotowuje się do wyjścia z naszej małej chatki i wyruszenia na spotkanie z Radą. W głębi duszy czułem niepokój, ale starałem się go nie okazywać.
- Najważniejsze jest to, że dla mnie jesteś idealny pod każdym względem. Zarówno z charakteru, jak i z wyglądu. Jesteś jedynym wyborem, jaki kiedykolwiek pojawił się w mojej głowie i sercu. Nigdy nie chciałem cię zmieniać. Nie chcę też, żebyś zmieniał się teraz. Kocham cię takim, jakim jesteś. - Na chwilę zamilkłem, pozwalając, by moje słowa wybrzmiały.
Miałem nadzieję, że nie wyrzucą nas z miasta. Mimo wszystkich problemów zdążyłem je polubić. Było naprawdę piękne, a większość mieszkańców okazała się życzliwa i dobra. Niestety, znalazła się tutaj jedna osoba, która skutecznie zatruwała nasze życie, jego ojciec.
Do dziś nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego od samego początku ukrywał przed nami prawdę. Nie powiedział swojemu synowi, kim naprawdę jest. Zamiast tego nieustannie rzucał nam kłody pod nogi. Utrudniał wszystko, co tylko mógł, jakby samo nasze szczęście było dla niego obrazą.
Najbardziej bolało jednak to, że próbował zniszczyć nasz związek. W jego oczach miłość jego syna do drugiego mężczyzny była czymś niewłaściwym, czymś, za co należało nas ukarać. Jakbyśmy nie zasługiwali na szczęście. Jakbyśmy nie zasługiwali na życie tutaj, pośród ludzi, którzy potrafili zaakceptować nas takimi, jakimi jesteśmy.
Mimo to nie zamierzałem się poddać. Jeśli miałem stracić ten dom, to tylko walcząc o niego u boku człowieka, którego kochałem bardziej niż kogokolwiek innego.
Sorey uśmiechnął się do mnie ciepło i bez chwili zawahania ujął moją dłoń. Nie przejmował się spojrzeniami innych ani tym, co mogą pomyśleć członkowie Rady. Nie wstydził się tego, że jesteśmy razem, i właśnie to dodawało mi odwagi.
Sam jednak nie potrafiłem całkowicie pozbyć się niepokoju.
Miałem nadzieję, że Rada okaże się rozsądna. Nawet jeśli zdecydują się nas wyrzucić, chciałem wierzyć, że przynajmniej wysłuchają nas bez gniewu i uprzedzeń. W końcu nie robiliśmy nic złego. Byliśmy tylko dwoma mężczyznami, którzy się pokochali. Nikogo nie krzywdziliśmy, nie łamaliśmy żadnych praw. Chcieliśmy jedynie żyć spokojnie i być razem.
- Jesteś dla mnie stanowczo zbyt dobry - Powiedział Sorey z cichym westchnieniem. - Widzisz we mnie tyle zalet, a zupełnie nie dostrzegasz moich wad. A przecież mam ich naprawdę wiele. Powinieneś je zauważać tak samo jak te dobre cechy. - Uśmiechnął się lekko, choć w jego głosie pobrzmiewała niepewność. Delikatnie pochylił się w moją stronę i złożył krótki, czuły pocałunek na moim czole. Ten drobny gest sprawił, że przez moment cały stres związany z nadchodzącym spotkaniem odszedł na dalszy plan.
Stanęliśmy przed masywnymi drzwiami prowadzącymi do sali obrad. Jeszcze chwilę temu rozmawialiśmy o nas, o uczuciach i obawach, ale teraz musieliśmy odłożyć ten temat na później. To, co czekało za tymi drzwiami, było znacznie ważniejsze.
Sorey ścisnął moją dłoń odrobinę mocniej, jakby chciał dodać mi otuchy, a może sam jej potrzebował. Następnie spojrzał na ciężkie drzwi przed nami i niepewnie wyciągnął rękę do klamki.
Powoli je otworzył.
Teraz pozostawało już tylko przekonać się, jaki los przygotowała dla nas Rada.

<Pasterzyku? C:>