Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 12 maja 2026

|
 Praca w kuźni tak samo jak wcześniej, była ciężka. Teraz atmosfera była inna. Lżejsza. Nie miałem żadnego pośpiechu, żadnej presji, wszystko było mi tłumaczone jeszcze raz i jeszcze pokazywane na spokojne. Właśnie tego mi brakowało, pokazania, jak co się robi, a nie ciągłego pośpieszania i takiego poniżania. Byłem zmęczony po tych kilku godzinach i z ulgą udałem się na przerwę, na tyły kuźni, gdzie było znacznie chłodniej, i trochę mi tego chłodu brakowało, nawet jeśli moim żywiołem był ogień. Będę musiał też znaleźć kiedyś trochę czasu i zacząć trenować jakoś te swoje moce związane z ogniem. Nie mam pojęcia jak to miałoby wyglądać. Nie mam nawet nikogo do pomocy. Będę musiał to jakoś sam ogarnąć. 
To, że Mikleo mi spakował śniadanie, było kochane z jego strony, i nawet nie do końca zauważyłem, kiedy on to zrobił. On był niesamowity, ja wstałem wcześniej i starałem się wszystko robić po cichu, a on wstał nie dość, że po mnie, to jeszcze kiedy najpewniej myłem zęby, to przygotował mi takie dobre śniadanie, i kawę w termosie, który to wziąłem ze sobą z akademika. Przekochany. Bez niego bym w tej chwili sobie siedział i... sam nie wiem. Pewnie bym po prostu sobie wypoczywał. Mięśnie ramion i pleców okropnie mnie bolały, jakiś masaż byłby fajny, albo kąpiel w takiej gorącej wodzie... Nie mogłem się doczekać, aż wrócę do domku, i sobie przygotuję naszą wanienkę do kąpieli, i może zaproszę Mikleo, jakby ze mną tak chciał się wykąpać, a mógłby nie chcieć ze względu na temperaturę. 
Wróciłem zmęczony, chociaż najedzony do kuźni, i od razu zauważyłem nieco nietęgą minę mojego pracodawcy. Poczułem niepokój w żołądku. Coś zrobiłem nie tak? Coś popsułem? Nie zdziwwiłbym się, mini tego, że nie jestem tu pierwszy raz mam wrażenie, że uczę się wszystkiego na nowo. 
– Wszystko w porządku? – spytałem niepewnie, sięgając po swój fartuch, który teraz bez problemu dzisiaj dostałem, nie to co ostatnio. Też dzisiaj kowal przyznał mi, że wolał mnie zwolnić, niż żeby dalej traktował mnie w ten sposób, bo Ezekiel by mu nie odpuścił. A jednak teraz chce nam pomóc. Już się go nie boi. Trochę tego nie rozumiałem, ale może jestem za głupi. 
– Tak. Na dzisiaj już będziesz miał wolne. Elenda tutaj była i przekazała mi tę wiadomość, była wcześniej u was w domu, więc twój chłopak na pewno o tym wie. Zatem wróć, odśwież się i za godzinę widzimy się w sali obrad – wyjaśnił, a ja poczułem, jak serce mi podskakuje do gardła. Już? Jak zacząłem pracować, zupełnie o tym zapomniałem... 
– W porządku, dziękuję – powiedziałem z łagodnym uśmiechem, by nie dać po sobie znać, jak bardzo się zestresowałem, po czym opuściłem kuźnię. Ale że już? Znaczy się, podejrzewałem, że to dzisiaj będzie, ale że tak szybko? A ja nie pomyślałem nawet, co mogę powiedzieć na obronę Mikleo. A może to właśnie dobrze, że nie myślałem, po prostu powiem prawdę i tyle. Bo to mi przecież chodziło, przedstawić prawdę... 

<Owieczko? c:>

Etykiety