Jak zwykle mój chłopak potrafił ugotować coś wspaniałego, co oczywiście zaraz zjadłem. A kiedy już zjadłem, pozostało mi tylko pomyć po wszystkim, umyć siebie, a następnie pójść spać, wtulony w to cudowne ciało mojego chłopaka.
Następnego dnia czekała mnie wyprawka do pracy. Przyznać przed sobą mogę, że trochę się stresowałem. Pamiętałem doskonale, jak wyglądały poprzednie dni, i trochę się obawiałem, że może wyglądać podobnie, pomimo tej jego obietnicy. Jak przeżyję, może to będzie wyglądać lepiej...? Cóż dzisiaj się to okaże.
Obudziłem się sam, cicho, nie chcąc budzić mojej Owieczki. Dzisiaj będzie potrzebować dużo energii. Podejrzewałem, że właśnie dzisiaj odbędzie się ten osąd? Rozprawa? Samo nie wiem, jak to nazwać, ale mój ojciec, za zaatakowanie Mikleo na pewno odpowie. To, co zrobił mnie, nie miało znaczenia. Chodziło mi o sprawiedliwość dla Mikleo.
Odwiedziłem łazienkę i kiedy już się ubrałem i umyłem, ruszyłem do kuchni. Chciałem się przygotować sam, po cichu, by mojego najpiękniejszego partnera nie wybudzić. Ale jak podgrzewałem sobie wczorajsze naleśniki i przygotowywałem kawę, Mikleo pojawił się za mną, cicho ziewając.
– Dzień dobry – wymamrotał, rozciągając mięśnie. – Czemu mnie nie obudziłeś?
– Żebyś się wyspał, i mną nie przejmował. Wszystko tutaj przecież mam – powiedziałem, uśmiechając się do niego szeroko... a po chwili dotarło do mnie, że moje naleśniki są spalone, o czym poinformował mnie zapach spalenizny. Zagapiłem się. Skupiłem się na nim, na tej kawie, a naleśniki zeszły na drugi plan, o czym mi głośno przypomniały. – Szlag by to – mruknąłem, szybko ściągając je z patelni.
– Może jednak na szybko przygotować ci coś innego? – zaproponował, jak zwykle zmartwiony o mnie. Niepotrzebnie. Nie będzie to pierwsza spalona rzecz, jaką to na śniadanie jadłem.
– Nie, nie, zjem to. Nic mi nie będzie. Zresztą, węgiel jest zdrowy na żołądek, czy coś. I szkoda pieniędzy – stwierdziłem, uśmiechając się delikatnie, jednocześnie zdejmując moje czarne naleśniki. Nie wyglądały zbyt apetycznie, no ale ja zjem. Szkoda mi pieniędzy i czasu, które to w nie zainwestowałem. Zresztą, póki są zjadliwe, nie mogę ich wyrzucić. Moja sytuacja finansowa mi na to nie pozwala. – Nie pójdziesz spać teraz, co?
– Nie. Spędzę z tobą te ostatnie chwile, zanim wyjdziesz do pracy – stwierdził pogodnie. I co ja z nim mam...? Mam najszczęśliwsze chwile w całym swoim życiu.
– Kochany jesteś – powiedziałem łagodnie, sadzając na przeciwko niego. – Ale nie przejmuj się. Zjem, i wyjdę, a ty możesz spać. Dopóki nie wezmą nas do sprawy moim tatą – odpowiedziałem spokojnie, chociaż na samo wspomnienie o tym trochę się stresowałem. A jak jakoś się z tego wykręci? Przecież... omal go nie skrzywdził. Miał taki zamiar, i pewnie dalej go ma, bo w jego opinii mnie spaczył. Jakby nie mógł po prostu przyjąć do wiadomości, że interesuje mnie ta sama płeć, a tak konkretnie moja Owieczka. I powinien cieszyć się, że jestem szczęśliwy, że znalazłem kogoś, kogo kocham, i że ten ktoś kocha mnie, ale najwidoczniej to dla niego za dużo.
<Owieczko? c:>