Nie chciałem się na to godzić. Oczywiście, że nie chciałem. Jak już coś robię, to robię to od początku do końca. Z drugiej strony, gdyby to on by był na moim miejscu, to z pewnością bym chciał go odciążyć i posprzątać. Zatem... nie miałem wyjścia. Musiałem się zgodzić, bo wiem, że to coś, co ja bym zrobił na jego miejscu. Chociaż z niechęcią się zgodzę. Dla mnie mógłby po prostu sobie odpocząć, to byłoby dla niego najlepiej, ale nie zmuszę go, chociażbym bardzo chciał... a nie chce. Zmuszanie kogoś do czegoś, czego ten ktoś nie chce, jest chyba najokropniejszą rzeczą, jaką to można tej osobie uczynić, i to niezależnie od tego, do czego się tę osobę chce zmusić.
- Jeśli bardzo nalegasz... to niech ci będzie. Chociaż nie jestem zmęczony, więc mogę posprzątać – zaznaczyłem, by przypadkiem nie stwierdził, że musi posprzątać. Nic nie musi. Przy mnie naprawdę nic nie musi. Wystarczy mi tylko, by był szczęśliwy. I kochany. I piękny, ale on w ogóle nic nie musi robić, by być piękny, bo jest piękny w każdej chwili, niezależnie od tego, co robi.
- Możesz zapalić świeczki. Robi się ciemno – kiwnąłem głową, na co od razu podniosłem się od stołu. - Myślałem, że zrobisz to siedząc. Wiesz, swoim żywiołem – odpowiedział, na co delikatnie się zawahałem.
- Nie wiem, czy tak potrafię. Do niedawna nawet nie byłem świadom tego, że ogień jest moim żywiołem – odpowiedziałem niepewnie, wracając na swoje krzesło. Przez te wszystkie lata myślałem, że jestem tym zwykłym, podrzędnym aniołem, tej najniższej rangi. Ale chyba to dzięki tym genom mojego taty, ale oczywiście w oczach jego i innych aniołów i tak jestem zdyskwalifikowany przez krew mamy. Gorzej, jak z tym żywiołem przekazał mi coś więcej, jak chociażby coś ze swojego charakteru. Poniekąd charakter też jest przekazywany genetycznie... co ja takiego po nim mam? Aż boję się o tym myśleć.
- Spróbuj. Skoro już wiesz nową rzecz o sobie, to trzeba nad nią uczyć się panować – odpowiedział, uśmiechając się delikatnie. - Zwłaszcza, że ogień to trudny żywioł.
- Wiem. Skrzywdziłem cię już przez niego parę razy – powiedziałem ze wstydem. Żadna z tych sytuacji nie powinna mieć miejsca.
- Nic się nie stało – powiedział łagodnie. - Spróbuj zapalić świeczkę na stole.
- A jak zapalę cały stół? - delikatnie zagryzłem wewnętrzną stronę policzka. Jeszcze puszczę całą tę chatkę z dymem i tyle będzie z tego wszystkiego.
- Na szczęście ja tu jestem. I zaraz to szybko zgaszę. No, śmiało – zachęcił mnie, a ja nie miałem wyjścia.
Nie wiedziałem, jak to zrobić. Nie czułem... nic. Żadnego ognia w sobie. Czułem go tylko wtedy, kiedy byłem wściekły, albo kiedy miałem cel, jak chociażby ochrona Mikleo. Tu moim celem było zapalenie świeczki, ale to nic mi nie dawało. Pomyślałem sobie, że chcę, by ta świeczka zapalona była, i nic. Wyobraziłem ją sobie zapaloną, i nic.
- To nie ma sensu, pójdę po zapałki – mruknąłem, szybko zniechęcony tym małym ćwiczeniem. Po co mi ten ogień w sobie? Nie potrzebowałem go. Gdybym tylko mógł, natychmiast bym się go zrzekł, nic mi nie daje, tylko mi przeszkadza, no i może być zagrożeniem dla Mikleo. Same minusy tylko przez niego.
<Owieczko? C:>