Bardzo starałem się, aby te naleśniki wyszły niesamowicie, chociaż troszkę się obawiałem. Robiłem je dopiero drugi raz w życiu. Za pierwszym razem chciałem zaimponować komuś, kogo myślałem, że kocham. A teraz... w sumie, to ta historia się powtarza. Z jednym małym wyjątkiem, teraz nie myślę, że kocham, tylko to wiem, czuję całym sercem. Nigdy w życiu czegoś takiego nie odczuwałem, przy nim mam wrażenie, że uczę się żyć i czuć na nowo. Czuję się chciany. Potrzebny. I bardzo chciałem pokazać mu za wszelką cenę, jak bardzo ważny jest dla mojej skromnej osoby.
Naleśniki mi wychodziły trochę tak... cóż, średnio. Żeby nie powiedzieć, że strasznie. Pierwszy to w ogóle był do dupy, i żeby Mikleo nie zobaczył tego obskurnego naleśnika, szybko go pochłonąłem. Drugi był niby to lepszy, ale dalej był jakiś taki... no, nie tak idealny, jaki chciałem. Niby każdy kolejny wychodził mi lepiej, ale ja chciałem, by były idealne. I tak naprawdę idealnych było tylko kilka tych końcowych, i się martwiłem, czy to nie za mało... te najlepsze były oczywiście dla Mikleo. A ja zjem jakoś całą resztę. Tych nieudanych jest znacznie więcej niż udanych, i to mnie martwiło. A jak Mikleo będzie chciał więcej, to... to nie wiem. Pozostaje mi mieć nadzieję, że to, co mu dam, to mu wystarczy.
- Owieczko, gotowe – zawołałem, zaczynając smarować wpierw naleśniki dla niego, żeby miał świeżutkie, cieplutkie i oczywiście najlepsze. - Chcesz coś do picia? Ciepłe mleko ci przygotować? Chyba jeszcze dla ciebie starczy – zaproponowałem, kiedy pojawił się obok mnie.
- Ja dziękuję. Tobie się to bardziej przyda – odpowiedział, podchodząc do blatu. - Ale pięknie one wyglądają.
- Najpiękniejsze dla ciebie – odparłem, podsuwając talerz w jego stronę.
- Te też bardzo ładnie wyglądają. I na pewno smakują – pochwalił mnie, ale ja od razu pokręciłem głową. Nie były ładne. A czy dobre? Zaraz się przekonam. Chociaż ja na pewno tego wszystkiego nie zjem, za dużo ich, ale w sumie, może będę miał na jutrzejsze śniadanie. Trzeba w końcu wykorzystywać wszystko do końca. W naszej sytuacji finansowej... cóż, wszystko się przyda. Nie mogę nic wyrzucać, czy lubię, czy nie lubię. To zdecydowanie nie pora na wybrzydzanie.
- Te są lepsze. I są dla ciebie. Mam nadzieję, że cztery ci wystarczą – odpowiedziałem, teraz już zabierając się za smarowanie swoich naleśników.
- Wystarczą, z pewnością – obiecał, patrząc się na mnie z wyczekiwaniem.
- Nie jesz? - spytałem, delikatnie marszcząc brwi.
- Poczekam na ciebie, i zjemy razem – wyjaśnił, uśmiechając się do mnie tak pięknie, niby lekko, niby subtelnie, ale strasznie mi się to podobało.
- Ale po co czekać? Wystygnie ci jeszcze, i nie będą takie dobre – zauważyłem zmartwiony. Niepotrzebnie na mnie czekał, przecież raz dwa ogarnę swoje naleśniki i do niego przyjdę. A po kolacji chyba chciałbym pójść spać. Co prawda, już do pracy nie musiałbym wstawać tak wcześnie, ale dalej nie będzie to taka późna pora. Lepiej, bym w miarę wcześnie spać poszedł, bo jak zwykle chcę dać z siebie sto procent, a nawet i więcej.
<Owieczko? C:>