Od Mikleo CD Soreya

czwartek, 30 kwietnia 2026

|
Zdecydowanie za szybko się poddawał. Mógł próbować dalej, dać sobie jeszcze jedną szansę… a on co? Już rezygnował.
Nie czekając, aż się podniesie, chwyciłem jego dłonie, uśmiechając się do niego delikatnie, jakby samym spojrzeniem chciał dodać mu otuchy.
- Nie stresuj się tak… i przede wszystkim nie denerwuj się - Powiedziałem cicho. - Skup całą swoją uwagę na świeczce. Myśl tylko o niej. - Poprowadziłem jego dłonie, nakierowując je w stronę małego, nieruchomego knota, który jeszcze przez chwilą był martwy.
- Zamknij oczy… skup się i pozwól swojej mocy zadziałać - Dodałem, próbując wesprzeć go swoją energią, choć brzmiało to niemal nierealnie nawet w mojej głowie.
- To nie wyjdzie… - Mruknął z rezygnacją, ale mimo to nie odsunął rąk. Nie poddał się.
Wziął głębszy oddech. Skupił się bardziej niż wcześniej, jakby odcinał się od wszystkiego dookoła. Przez chwilę nic się nie działo.
A potem… Płomień zadrżał. I nagle, zapalił się.
Przez moment patrzył w ciszy, jakby nie wierzył własnym oczom. A potem jego twarz rozjaśnił czysty zachwyt.
- Udało się! - Niemal podskoczył, rzucając mi się w ramiona, ściskając mnie mocno, jakby właśnie dokonał czegoś wielkiego.
Zaśmiałem się cicho, obejmując go.
- Widzisz? - Szepnąłem przy jego uchu. - Trzeba tylko trochę więcej wiary w siebie. - Odsunąłem się lekko i spojrzałem na niego z ciepłym uśmiechem, po czym delikatnie go pocałowałem, nie przestając się uśmiechać.
- Gdyby nie ty, na pewno by mi się nie udało… + Oczywiście, że w siebie nie wierzył. Jak zawsze. Taki już był, pełen wątpliwości, choć zupełnie niepotrzebnie. Przecież był kimś niezwykłym. Kimś więcej, niż sam chciał dostrzec… w końcu nie bez powodu okazało się, że jest w połowie aniołem.
Uśmiechnąłem się ciepło, unosząc dłoń i delikatnie muskając jego policzek.
- Powinieneś bardziej w siebie wierzyć - Wyszeptałem. - Jesteś niesamowity. Cudowny… i naprawdę mądry. - Pochyliłem się lekko i pocałowałem go w nos, nie kryjąc radości ani dumy z tego, co właśnie osiągnął, nawet jeśli dla niego było to tylko coś małego.
Dla mnie znaczyło znacznie więcej.
Sorey spojrzał mi głęboko w oczy, uśmiechając się łagodnie, jakby chciał mnie w ten sposób przekonać do swoich słów.
- Nie… to wyłącznie twoja zasługa - Stwierdził cicho.
Po chwili wypuścił mnie z objęć, niechętnie robiąc krok w tył, żebym mógł wrócić do przygotowywanego posiłku. Sam też rzuciłem szybkie spojrzenie w stronę kuchni  ostatnie, czego chciałem, to spalone jedzenie… albo, co gorsza, podpalona chatka.
Westchnąłem pod nosem i wróciłem do pracy.
Wszystko było już prawie gotowe. Dopilnowałem ostatnich szczegółów, po czym nałożyłem jedzenie na talerze, starając się, żeby porcje były równe. Zapach unosił się w powietrzu, przyjemny i ciepły, wypełniając wnętrze chatki.
- Gotowe - Rzuciłem z lekkim uśmiechem, zerkając w jego stronę. - Smacznego - Dodałem stawiając wszystko na stole wracając jeszcze po sztućce aby położyć je na stole.
- Dziękuję… i nawzajem. Smacznego - Powiedział, sięgając po swój talerz.
Wziął pierwszy kęs i na moment przymknął oczy, jakby naprawdę chciał nacieszyć się smakiem.
- Pyszne, jak zawsze - Dodał po chwili z wyraźnym zadowoleniem.
Uśmiechnąłem się pod nosem, siadając naprzeciwko niego.
- Cieszę się, że ci smakuje - Odpowiedziałem spokojnie, obserwując go przez chwilę. Było coś niesamowicie kojącego w tej zwyczajnej chwili, w cieple chatki, zapachu jedzenia i jego spokojnej obecności.
Sam też sięgnąłem po swój posiłek, pozwalając sobie na moment ciszy, która wcale nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie, była dokładnie taka, jak powinna.

<Pasterzyku? C;>