Przyglądałem się mu z nieukrywanym wzruszeniem. On był... cóż, ciężko mi było znaleźć odpowiednie słowa. Dbał o każdą najmniejszą rzecz. Na nic nie narzekał, a przecież miał pełne prawo. Wcześniej pracowałem i go naprawdę strasznie zaniedbywałem. Teraz ma być lepiej, ale dalej jest to kilka godzin, gdzie to jestem poza domem. To strasznie dużo. Powinienem... sam nie wiem. Nie mogę mniej pracować, na zimę te wydatki są w końcu większe, a to wszystko z mojego powodu. Muszę zadbać o zapasy jedzenia, zapasy drewna, utrzymać jakoś to ciepło tutaj... ja tutaj pochłaniam znaczną większość wydatków. Mikleo nie musiał się niczym przejmować. Wystarczyłby mu w końcu tylko domek, dostęp do wody, i... i to wszystko, tak naprawdę. Jeść nie musiał, ciepła nie potrzebował, tylko ja trochę to wszystko zaburzałem. Jakoś mu to później muszę wynagradzać...
- Zdecydowanie lepiej by ci było, gdyby coś tu z tobą było. Jakieś coś... kotek, albo królik. Bo owca chyba odpada, nie mamy na nią tu miejsca. Ale na króliczka? Króliczek chyba nie byłby taką złą opcją. Ale to najpierw musimy wiedzieć, czy możemy tu zostać – cicho westchnąłem czując, jak żołądek się ściska ze stresu już na samą myśl o tej rozmowie. Ostatnie godziny pomogły mi trochę o tym nie myśleć, ale teraz to wszystko znów wraca, i... i się boję. Tak szczerze się boję. Bo jeżeli rada uzna, że to ja i Miki jesteśmy problemem, a nie Ezekiel? I nas stąd wyrzucą? I jeszcze kowal będzie miał problemy? Z jednej strony chcę tej sprawiedliwości, dla Mikleo, on zdecydowanie nie zasługiwał na takie zachowanie. Był najukochańszy, najsłodszy i najlepszy, w przeciwieństwie do Ezekiela, on to mógłby się wręcz od niego uczyć, jak powinien się zachowywać prawdziwy anioł, i opiekun... a może nawet i rodzic, bo po tym, co od niego usłyszałem, przez chwilę nawet odechciało mi się żyć. I gdyby nie Miki, już naprawdę dawno bym się załamał. Bo bez niego po co bym w ogóle miał próbować żyć dalej? On daje mi sens w tym moim miernym życiu.
- Będziemy mogli. A jeżeli nie, znajdziemy swój kącik gdzieś indziej. I wtedy... wtedy sobie sprawimy tego królika, kota, czy co ty tam chcesz – odpowiedział, gładząc pocieszająco mój policzek.
- Zazwyczaj to ja mam pozytywne myślenie – zauważyłem z delikatnym uśmiechem.
- Czasem cię trochę trzeba wspomóc – odpowiedział, tuląc się do mnie. - Nie przejmuj się. Póki jesteśmy razem, ze wszystkim sobie poradzimy.
Zawsze ja tak mówiłem. A jednak, im dłużej nad tym myślałem... sam nie wiem. Chyba nasza miłość nie pokona wszystkich przeciwności losu. Tak mi się coś wydaje. Ale naprawdę milo w to wierzyć. Trochę dziecinnie, ale czasem nie mam ochoty dorastać. Zdecydowanie nie sprawdziłbym się jako dorosły. Zdecydowanie nie potrafię być dorosły, za głupi jestem do takich rzeczy.
- Powinienem... powinienem się zabrać za sprzątanie. Już słońce zaszło, wątpię, by te obrady w naszej sprawie się dzisiaj odbyły. Mądrze więc będzie wypocząć na jutro, bo nie wiadomo, co nas może zaczekać – zdecydowałem, uśmiechając się delikatnie, by pokazać mu, że jednak nie przejmuję się tak bardzo tym wszystkim. - Przygotować ci coś do jedzenia? Może nie zrobię jeszcze ciasteczek... ale coś prostego chyba był dał radę zrobić – dodałem, oczywiście musząc się nim zająć. Nie mogę sobie przecież pozwolić na to, by czegoś mu teraz zabrakło.
<Owieczko? C:>