Czułem, jak serce wali mi w piersi, jak oddech przyspiesza, a policzki płoną pod naporem gorąca. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Nie spodziewałem się, że Sorey bez wahania zrobi dla mnie coś tak intymnego, tak bezpośredniego. Po tych ostatnich wydarzeniach nigdy nawet nie dopuściłbym do siebie tej myśli, a jednak w tamtej chwili moje ciało i umysł ogarnęła fala ulgi i rozkosznego odprężenia, gdy w końcu doszedłem do siebie.
Potrzebowałem chwili, by uspokoić oddech. Powoli zsunąłem się z blatu, poprawiając spodnie na biodrach. Wciąż czułem lekki dreszcz przebiegający po plecach. Z uwagą obserwowałem mężczyznę, który z niewzruszonym spokojem nakładał nam jedzenie na talerze, jakby przed momentem nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.
Sorey postawił pełne talerze na stole i odwrócił głowę w moją stronę. W jego spojrzeniu nie było drwiny ani zawstydzenia, tylko ciepło.
- Zapraszam do stołu - Powiedział łagodnie, wyciągając ku mnie dłoń.
Przez krótką chwilę zawahałem się, wciąż czując przyspieszone bicie serca. Ostatecznie jednak nieśmiało ująłem jego dłoń. Była ciepła, pewna. Poprowadził mnie do stołu, jakby ten drobny gest był czymś zupełnie naturalnym.
Usiadłem na swoim miejscu, starając się uspokoić oddech. Serce powoli wracało do normalnego rytmu.
- Dziękuję - Szepnąłem cicho, posyłając mu niepewny uśmiech.
Na jego twarzy pojawił się lekki, rozbawiony wyraz.
- To ja powinienem dziękować. Ja tylko nałożyłem, ty zrobiłeś całą resztę. - Miał rację, a mimo to byłem mu wdzięczny. Nie tylko za chwilę wcześniej, ale za to, że po niej nie zrobił z tego nic wielkiego. Że po prostu… był.
Zabrałem się za jedzenie. Smakowało naprawdę dobrze, może nawet lepiej niż zwykle. Zerknąłem na niego kątem oka. Jadł z apetytem, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że jest głodny.
- Bardzo dobre - Stwierdził, unosząc na mnie wzrok.
Wyglądał na naprawdę wygłodniałego. Mój biedak. Tak często zapomina o sobie, a przecież potrzebuje siły na pracę i życie codzienne.
Westchnąłem w duchu, obserwując, jak skupia się na posiłku.
Muszę o niego zadbać, pomyślałem. Jeśli sam o siebie nie zadba, zrobię to ja. Nie pozwolę, by kiedyś zabrakło mu sił.
I choć chwilę wcześniej to ja czułem się słaby i rozedrgany, teraz coś we mnie się uspokoiło. Jakby między nami, obok namiętności, pojawiło się coś jeszcze ciche, codzienne ciepło.
- Cieszę się, że ci smakuje. Postarałem się, żebyś dostał dokładnie to, czego twój organizm teraz potrzebuje - Powiedziałem, uśmiechając się do niego łagodnie.
Nie była to przypadkowa mieszanka składników. Dobrze wiedziałem, ile ostatnio z siebie daje, jak często zapomina o regularnych posiłkach. Jeśli mogłem w tak prosty sposób choć trochę o niego zadbać, chciałem to robić.
Sorey uniósł na mnie wzrok znad talerza.
- Od razu to czuć - Zapewnił z przekonaniem.
Jakbym sam tego nie wiedział. A jednak ciepło rozlało mi się po klatce piersiowej. Lubiłem, gdy mnie chwalił. Lubiłem to bardziej, niż powinienem. Jego słowa miały dziwną moc, potrafiły rozproszyć napięcie szybciej niż cokolwiek innego.
Resztę posiłku zjedliśmy w spokojnej ciszy. Nie była to jednak niezręczna cisza, raczej taka, która otula. Słychać było tylko cichy stuk sztućców o talerze i nasze równomierne oddechy. Wspólny posiłek smakował inaczej niż jedzenie w samotności. Pełniej. Cieplej.
Kiedy skończyliśmy, bez słowa zebrałem talerze i wstałem od stołu.
- Zostaw, pomogę - Odezwał się odruchowo.
- Nie trzeba - Odpowiedziałem miękko. - Odpocznij. Ja się tym zajmę. - To naprawdę nie był żaden wysiłek. Ciepła woda, kilka minut przy zlewie, nic wielkiego. A jeśli dzięki temu mógł przez chwilę po prostu usiąść, odetchnąć, może nawet przymknąć oczy… było warto i on dobrze o tym wiedział.
<Pasterzyku? C:>