Otrząsnąłem się, energicznie potrząsając głową. Musiałem wrócić na ziemię. Jego smukłe ciało sprawiało, że moja wyobraźnia zaczynała galopować zdecydowanie za daleko. Pełnia księżyca zawsze była dla mnie trudna, zbyt wiele bodźców naraz uderzało ze wszystkich stron, rozpalając zmysły i rozpraszając myśli.
Bycie wilkołakiem wcale nie było takie proste ani przyjemne, jak mogłoby się komuś wydawać. Czasem zastanawiałem się, czy gdybym naprawdę miał wybór, nie zrezygnowałbym z tej części siebie, z tego wilczego „ja”, które czaiło się gdzieś pod skórą.
A jednak… była też druga strona.
Dzięki temu byłem inny. Silniejszy. Bardziej wyczulony na świat, na zapachy, dźwięki, emocje. Może nawet… w pewien sposób lepszy?
Nie potrafiłem tego jednoznacznie nazwać. Wiedziałem tylko, że miałem w sobie coś więcej, coś dzikiego i niezwykłego coś, czego zwykły człowiek nigdy nie mógłby doświadczyć.
Westchnąłem cicho.
Naprawdę? Takie rozważania z samego rana?
To zdecydowanie było zbyt wiele jak na początek dnia.
- A, no tak… przepraszam. Już idę - Powiedziałem z lekkim, trochę zakłopotanym uśmiechem, po czym opuściłem pokój.
Na szczęście miałem coś, co mogło skutecznie odciągnąć moje myśli od tych wszystkich rozterek.
Śniadanie.
Postanowiłem przygotować coś naprawdę dobrego, słodkie tosty z owocami. Proste, ale pyszne. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem do kuchni, czując jak znajomy zapach chleba i świeżych owoców powoli wypełnia przestrzeń.
Chciałem zrobić dla niego wszystko, co tylko mogłem. Każdy drobiazg miał znaczenie, każdy gest, każda chwila.
Chciałem, żeby czuł się przy mnie dobrze.
Bezpiecznie.
A przede wszystkim… szczęśliwie.
- Cześć, babciu - Zwróciłem się do starszej kobiety, która właśnie stała przy kuchennym blacie i zalewała herbatę wrzątkiem.
- Cześć, Haru. Jak się czujesz? - Zapytała, zerkając na mnie uważnie. - Widzę, że twoje wilcze wcielenie znowu daje o sobie znać. - Na te słowa moje uszy poruszyły się mimowolnie, lekko drgając z rozbawieniem i odrobiną zawstydzenia.
Zastanawiające… Babcia była przecież wilkołakiem tak samo jak ja, a jednak u niej nie było widać żadnych wilczych akcentów. Żadnych uszu, kłów ani ogona. Zupełnie jakby była zwykłym człowiekiem.
Czy to możliwe, że z wiekiem takie rzeczy po prostu zanikają? A może… to kwestia kontroli? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby okazało się, że kiedyś też będę potrafił nad tym panować.
- Tak… niestety nie potrafię tego ukryć - Przyznałem, wzdychając cicho. - Co ty właściwie robisz, babciu, że nikt nie dostrzega twojego wilczego „ja”? - Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, takim spokojnym i cierpliwym, jakby dokładnie wiedziała, jakie pytanie prędzej czy później zadam.
- Z czasem się tego nauczysz - Odpowiedziała łagodnie. - Medytacja, spokój, kontrola własnego ciała… a przede wszystkim jego zrozumienie. Gdy naprawdę poznasz samego siebie, twoje wilcze cechy nie będą pojawiały się tak łatwo. Nawet podczas pełni. - A więc w tym tkwiła cała tajemnica.
Fantastycznie.
Znając mnie i moje wieczne roztrzepanie, osiągnięcie takiego poziomu spokoju graniczyło chyba z cudem.
- Rozumiem… - Mruknąłem z lekkim rozbawieniem. - W takim razie pewnie jeszcze bardzo długo mi to zajmie. - Odwróciłem się do blatu i zacząłem przygotowywać składniki.
- A na razie robię nam śniadanie. Zjesz z nami? - Babcia skinęła głową z wyraźną aprobatą.
- Chętnie. - Odwzajemniłem gest krótkim kiwnięciem głowy i zabrałem się do pracy. W końcu tosty z owocami same się nie zrobią.
<Paniczu? C:>