Im bliżej biblioteki byliśmy, tym bardziej byłem przekonany, że nie ma to sensu. Nie potrafiłem sklecić w głowie żadnego zdania, nie mam pojęcia, o co chcę spytać... Gdyby nie Mikleo, naprawdę bym sobie to odpuścił. I zapomniał o wszystkim. Jak zwykle chciałem dobrze, chciałem nam znaleźć miejsce, które będzie dla nas, gdzie będziemy żyć bezpiecznie, szczęśliwie, spokojnie... i wszystko się jeszcze bardziej pokomplikowało. Tylko i wyłącznie z mojej winy. Wychodzi na to, że sprowadzam pecha na siebie, a jak ja mam pecha, no to i osoby najbliżej mnie. A najbliżej jest Miki. A jak to jakaś dziwna moc? Ponoc nefilimy są silniejsze od swoich anielskich rodziców... Więc gdybym miał moc przynoszenia pecha, przynosiłbym gigantycznego pecha. I tak się czuję, wszystko jest przecież przeciw mnie. No, poza Mikleo. On jest ze mną, a nie powinien.
– No, jesteśmy. Wchodzimy? – zapytał łagodnie, gładząc kciukiem wierzch mojej dłoni.
– Sam nie wiem. Nie mam pojęcia, o co zapytać. Jak zapytać. Wątpię, czy ma to sens – mamrotałem, z jakiegoś powodu czując lęk. Miałem dosyć tego ciągłego stresu... potrzebuję jakichś dobrych wieści. Jakiegoś promyczku nadziei. Wewnętrznego spokoju. Minęło raptem ile, dzień, a ja mam wrażenie, jakbym w tej sytuacji trwał już miesiąc.
– Więc będziemy improwizować – stwierdził spokojnie, otwierając drzwi. – Jestem z tobą, cały czas – dodał ciszej, zapraszając mnie gestem do środka.
I co ja z nim miałem zrobić? Jak tak mnie popycha do przodu, nie mam innego wyboru, jak iść. Nerwowo zagryzłem wargę i wszedłem do budynku, powoli zmierzając do biurka. Przy okazji rozglądałem się pomiędzy regałami, ale wokół ani żywej duszy. Chociaż jeden plus. Jeszcze tego by mi tu brakowało, dodatkowych spojrzeń i uszu.
– Dzień dobry – odezwałem się niepewnie, kiedy znalazłem się przy biurku. Serce waliło mi tak mocno, jakby zaraz mi miało wyskoczyć z piersi. A może już to zrobiło?
– Dzień dobry, chłopcy. Już książki przeczytane, chcieliście zwrócić? A może coś doczytać, coś was interesuje? – zapytała sympatycznie. To... dziwna odmiana. Bardzo miła, swoją drogą. Ostatnio nic, tylko plotki, szepty albo nienawiść płynąca z głosu mojego ojca.
– Ja mam tylko jedno takie pytanie... – zacząłem niepewnie, nerwowo zagryzając wargę. – Bo... szukam informacji o kimś. O pewnej kobiecie, była człowiekiem, mieszkała tu jakieś... siedemnaście, osiemnaście lat temu – mówiłem trochę niepewnie, nie przyznając się jej o tym, że chodzi o moją mamę. Pewnie i tak to wie. A jak nie wie, to też dobrze, nie będzie mnie tak oceniać.
– Mieliśmy tutaj kilku ludzi, jak dobrze pamiętam. Granica pomiędzy światami jest tu cienka, czasem zdarza się jakiemuś nieszczęśnikowi tu wpaść – odpowiedziała spokojnie i profesjonalnie. – Niecałe dwadzieścia lat temu mieliśmy kilku ludzi... musisz zobaczyć w kronikach. Alejka dziesiąta, regał ósmy.
– I jak taki człowiek tu wpada... to co się z nim później dzieje? – spytałem, chcąc wiedzieć, dlaczego teraz nie ma tu żadnego człowieka... no, poza mną, jak się okazuje.
– W dniu przesilenia stabilizujemy portal, jeżeli ludzie chcą odejść, i tak też najczęściej jest. Nie pamiętam, kiedy ktoś został z nami na dłużej... Ostatnia była Jenna, świec Panie nad jej duszą.
Jenna... to musi być ona. Jakieś mam takie dziwne przeczucie, że to o nią chodziło, że to musi być moja mama.
– Dziękuję. Pójdziemy sprawdzić – powiedziałem, po czym się oddaliłem. Może w tych kronikach będzie coś więcej napisane? Chociaż, co tam może być napisane...? Przynajmniej mam imię, nie jest tak źle.
<Owieczko? c:>