Mikleo mówi mi, żebym się nie poddawał... Ale ile to już trwa? Odkąd pamiętam, walczę o to, by mój opiekun, czy to jego dziadek, adopcyjny rodzic, nauczyciel, by chociaż jedna osoba z tej listy była odrobinkę ze mnie dumna. I... nigdy to nie nastąpiło. Nigdy nie spełniłem niczyich oczekiwań chociaż bardzo się starałem. Teraz chciałem wykazać się przed Mikleo, spełnić jego oczekiwania, pokazać, że potrafię być dorosły, odpowiedzialny, i że mogę o niego zadbać, o siebie zadbać... i nic. Wszystko zaprzepaściłem, bo go kocham. A może jednak zaprzepaściłem dlatego, że nie potrafię walczyć? Może gdybym był silniejszy, lepszy, dalej miałbym pracę? Gdybym był lepszy, na pewno miałbym pracę, i ojciec byłby ze mnie dumny, i Mikleo nie musiałby się o mnie martwić, i wszystko byłoby w porządku. Cały problem tkwi we mnie.
– Walczę całe życie, nie poddaję się, i co z tego mam? Nic to nie daje. Nikt mnie nie chce. Nie potrafię spełnić niczyich oczekiwań, przez siedemnaście lat – wymamrotałem, skubiąc swoje skórki przy paznokciach. Wszystko, byleby na niego nie patrzeć. Bałem się, co mogę ujrzeć w jego oczach. Już wystarczy mi rozczarowań.
– Dla mnie jesteś idealny – powiedział cicho, chwytając moje dłonie. – Tylko nie poddawaj się. Nie zamykaj w sobie. Bądź ze mną, rozmawiaj, tylko wtedy będę mógł ci pomóc.
– Nie mam już co ci mówić – powiedziałem cicho. – Wiesz już wszystko. I chociaż doceniam twoje wsparcie, bo bez niego nie byłoby mnie tutaj, nie możesz mi pomóc. Po prostu jestem beznadziejnym przypadkiem.
– Wiem, co ci poprawi humor. Weźmiemy się za działanie. Jak tylko wypijemy herbatę, pójdziemy do biblioteki. I porozmawiamy z tą panią. Zobaczysz, na pewno coś wie. Albo ma zapisy w kronikach – stwierdził, zmieniając trochę nastawienie. Zupełnie jak nie on. – Nie zaszkodzi spróbować – dodał, składając na moim policzku delikatny pocałunek.
– Nie zaszkodzi – powtórzyłem, zerkając na niego niepewnie. Już tyle osób zawiodłem i tyle osób nienawidzi mnie z tak błahych powodów, że nie zdziwię, jeżeli ta kobieta i mnie odmówi pomocy.
Już po prostu... powoli mi przestaje zależeć. –A może powinienem odpuścić...? – powiedziałem cicho, nagle. Nie planowałem tego powiedzieć na głos, po prostu głośno myślałem, no i jakoś mi się wyrwało.
– Odpuścić? Masz niepowtarzalną szansę, by czegoś się dowiedzieć o swojej rodzinie – zapytał Mikleo, patrząc na mnie z niedowierzaniem.
– I co mi to da? Z jakiegoś powodu mnie oddali, tak? Nic tego nie zmieni. Dalej będę odrzutkiem. Chyba lepiej dla ciebie, dla mnie byłoby, gdybyśmy stąd odeszli, nim nastąpi zima. Muszę mieć czas, by się do zimy jakoś ogarnąć – powiedziałem cicho. Chciałbym się dowiedzieć czegoś o mamie, owszem, bo może żyje, może mnie chce, jednak tak strasznie zmęczony jestem. Po prostu chciałbym gdzieś przynależeć. Zostać zaakceptowany. To chyba niewiele, a tak trudno mi to osiągnąć...
<Owieczko? c:>