Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 1 lutego 2026

|
 Jego słowa, chociaż piękne, na nic się nie zdawały. Miłością nie napełnię brzucha, nie ocieplę domku na zimę, nie zakupię zimowych ubrań. Przez to uczucie, będę dla niego tylko większym problemem, bo będzie się o mnie zamartwiał, zastanawiał się co zrobić, by mi pomóc, zadręczał się kłopotami, które go w ogóle nie dotyczą. Zamiast wsparciem, tylko sprawiam mu kłopot. Tak to nie powinno wyglądać. 
Może mój ojciec miał rację? Powinniśmy zerwać? Nie wiem, czy mi by jakkolwiek to pomogło, ale on z pewnością miałby prościej. Może powinienem to zrobić dla niego? 
– Sprawiam ci tylko więcej problemów – powiedziałem cicho, spuszczając wzrok. – Chyba... lepiej by ci było, gdybyśmy nie byli razem – dodałem cicho, z trudem ukrywając ból w głosie. 
– Jesteś sensem mojego życia. Nie chcę cię zostawiać – odpowiedział, chwytając w dłonie moje policzki. – Ale jeżeli tego właśnie chcesz...
– Nie chcę. Jesteś wszystkim, co mam. Uważam, że po prostu beze mnie będzie ci lepiej – odpowiedziałem cicho, patrząc wszędzie, tylko nie na niego. Bałem się, co mogę ujrzeć w jego oczach. 
– Dajmy sobie szansę. Przetrwamy to – poprosił, całując nieśmiało kącik moich ust. – Jesteśmy rodziną. Jedyną, jaką mamy. A rodziny się nie rozdziela, prawda? – dodał, uśmiechając się delikatnie, niemal prosząco. 
– Jak na razie to licho widzę chociażby sam fakt, że przetrwam zimę. Zakładając, że w ogóle do niej dotrwam. Bo za to, co mam, ledwo starczy na miesiąc – powiedziałem cicho, tuląc go mocno do siebie. 
– Damy radę. Na razie mamy jeszcze trochę zapasów. Znajdę gdzieś pracę. Dowiemy się wszystkiego o twojej mamie. A później znajdziemy inne miejsce. To nas wystarczająco rozczarowało – odpowiedział, gładząc uspokajająco moje włosy. – Zrobię ci coś ciepłego do picia. To ci pomoże, poprawi trochę humor – dodał po dłuższym czasie, w końcu zsuwając się z moich kolan. 
– Powinienem teraz oszczędzać takie rzeczy – powiedziałem cicho, patrząc na swoje dłonie. Do cholery, czemu aż tak mi one drżały? 
–To tylko herbata. Zresztą, nawet jakbyś miał oszczędzać, to nie możesz się głodzić. Nie dam ci się głodzić – odpowiedział, nalewając wody i rozpalając mały ogień, na którym to mogłaby się zagotować.
– Obawiam się, że wkrótce nie będę miał wyboru – powiedziałem cicho, opatulając się swoimi skrzydłami. Jakoś tak nagle się chłodno zrobiło, co nie powinno mieć przecież miejsca. Skoro drzemie we mnie ogień, zawsze powinno mi być ciepło, czyż nie? 
– Na razie mamy jedzenie. Nie musisz się tym przejmować – powiedział ciepło, wracając do mnie. – Drżysz. Przyniosę ci koc – powiedział, po czym pocałował mnie w czubek głowy, nim zniknął na chwilę w pokoju. Rozejrzałem się niemrawo po pokoju. A jeżeli zabiorą nam nawet ten domek? Wtedy zostaniemy już tak zupełnie bez niczego. I jak Miki da sobie radę, tak ja mogę mieć mały kłopot. Powinienem jak najszybciej podejmować decyzje, by nie zostać później na lodzie... i to dosłownie.

<Owieczko? c:>