Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 8 lutego 2026

|
 Jenna, więc tak miała na imię jego mama. To była ważna informacja. Może nawet kluczowa. Coś, co mogło realnie ułatwić nam jej odnalezienie.
Ruszyliśmy na tyły biblioteki, tam, gdzie znajdowała się stara kronika archiwalna. Miejsce rzadko odwiedzane, ciche, pachnące kurzem i wiekiem zapisanym na pożółkłych kartach. To właśnie tutaj mieliśmy szukać informacji o jego mamie.
Przeglądaliśmy kolejne księgi, kartka po kartce, linijka po linijce, wypatrując jakiejkolwiek wzmianki. Szukaliśmy imienia wypowiedzianego przez kobietę, która pracowała w tej bibliotece. Czas zdawał się zwalniać, a ciszę przerywał jedynie szelest papieru i ciche westchnienia frustracji.
- Sorey… chyba mam - Odezwałem się w końcu, nie podnosząc głosu, jakby sama biblioteka mogła nas usłyszeć.
Chłopak, który do tej pory przeszukiwał inne księgi, natychmiast uniósł głowę.
- Tak? - Podszedł do mnie szybko, a potem ostrożnie ujął książkę w dłonie. Jego palce lekko drżały, gdy przebiegał wzrokiem po tekście. - Jenna… to musi być ona - Wyszeptał, chyba bardziej do siebie niż do mnie.
Ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że wreszcie mógł dowiedzieć się czegoś o swojej mamie. Nawet jeśli był to drobiazg. Nawet jeśli tylko jedno zdanie zapisane lata temu. Dla niego znaczyło to wszystko.
Sorey czytał kartkę po kartce, a mimika jego twarzy zmieniała się z każdą kolejną linijką. Najpierw pojawiło się zdziwienie, potem dezorientacja, aż w końcu coś w nim wyraźnie przygasło. Smutek. Taki cichy, ciężki, jakby przeczytał coś, czego nigdy nie chciał poznać, a jednak musiał.
- Coś się stało? - Zapytałem ostrożnie. - Przeczytałeś tam coś… dziwnego? - Nie wiedziałem, co mogło go tak zaniepokoić. Albo raczej, zmartwić w ten sposób, który widać było w jego oczach.
Przez chwilę milczał. Jego spojrzenie wciąż błądziło po pożółkłej stronie, jakby litery miały nagle ułożyć się w coś innego, łagodniejszego.
- Moja mama… umarła podczas porodu - Powiedział w końcu cicho. - A ojciec… nie chcąc mnie wychowywać, oddał mnie w ręce dziadka. - Te słowa zawisły między nami ciężko, jak kurz w powietrzu. To było naprawdę przykre. Okrutne nawet. Ale gdy pomyślałem o jego ojcu, o tym, jakim był człowiekiem, nie mogłem powiedzieć, że mnie to zaskoczyło. Raczej bolało to, że Sorey musiał dowiedzieć się o tym właśnie w ten sposób.
Skoro wiedzieliśmy już, że jego mama umarła, mogliśmy przynajmniej być pewni jednego, nie oddała go dlatego, że go nie chciała. I to… było w jakiś sposób pocieszające. Na pewno bardziej niż myśl, że po prostu go porzuciła, bo z jakiegoś powodu nie potrafiła go pokochać.
To był słaby plus. Bardzo słaby. Ale wciąż plus.
Nie mogłem oczywiście zaproponować mu, żeby się z tego cieszył. Cieszyć się z faktu, że jego mama nie żyje tylko dlatego, że go nie porzuciła, byłoby okrutne. Niewyobrażalnie okrutne. A jednak gdzieś głęboko w środku czułem, że ta prawda mimo wszystko odjęła mu jeden ciężar z serca.
Bał się, że został oddany, bo nie był chciany.
Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Nie była dobra. Ale była prawdziwa.
I może właśnie to, choć odrobinę, pozwoliło mu złapać oddech.
- Współczuję ci - Wyszeptałem, bo tak naprawdę nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć.
Chciałem go wesprzeć, być dla niego oparciem w tej chwili, ale brakowało mi odpowiednich słów. Nigdy nie straciłem mamy ani taty… bo nigdy ich nie miałem. Musiałem przecież jakoś pojawić się na tym świecie, a jednak nigdy nie zastanawiałem się, skąd dokładnie się wziąłem. Kim byli moi rodzice. Dlaczego mnie nie było przy nich.
Od zawsze wychowywał mnie dziadek. I to wystarczało.
Nigdy nie doszukiwałem się prawdy, która nie była mi potrzebna. Nie czułem tej pustki, którą teraz widziałem w oczach Soreya. Jego ból był inny świeży, nazwany, zapisany na pożółkłej kartce. Mój był cichy i nienazwany, tak głęboko schowany, że nauczyłem się o nim nie myśleć.
A jednak, patrząc na niego, poczułem, że w tej chwili łączy nas coś więcej niż słowa.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety