Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 6 stycznia 2026

|
 Miałem nadzieję, że przy mnie nauczy się kochać swoje ciało. Akceptować je, i nie wstydzić się go. W końcu, było ono piękne, i on był piękny. Miał piękny wygląd, i piękne wnętrze. Świat powinien być wdzięczny za to, że go ma, to dzięki niemu wszystko jest jakieś takie ładniejsze, i chce się żyć, albo przynajmniej ja chcę żyć. Gdyby go nie było... po co miałbym tu być? Moje życie bez niego nie miałoby żadnego sensu. Wegetowałbym, a nie żył. 
Przygotowałem nam kąpiel nie za gorącą, ale i niezbyt zimną, idealną dla mnie, i dla niego. Do tego wszystkiego jeszcze świeczki, i wino...? Cóż, wina nie mieliśmy. I nie wiemy czy ktokolwiek by mi sprzedał wino. Co prawda, na festynie mi nikt nie odmówi, ale co innego mały grzaniec, a cała butelka. Ale jeszcze trochę. Kilka miesięcy, i będę prawdziwym mężczyzną. Nie będzie dla mnie żadnej taryfy ulgowej... nie, żebym teraz jakieś miał. Znajdujemy się w położeniu, że mój młody wiek nie jest żadną wymówką, nie, jeśli chcę zapewnić mojemu chłopakowi dobre życie. On... on był niesamowity. Zasługiwał na wszystko, co najlepsze. 
Mój Miki przyszedł do mnie grzecznie po kilku minutach, jak obiecywał. Nic nie powiedziałem. Podszedłem tylko do niego, i z ciepłym uśmiechem na ustach zacząłem rozbierać jego ciało, traktując je ostrożnie, jakby było największą świątynią. 
Umyliśmy się grzecznie, ciesząc się swoim towarzystwem. A kiedy woda stała się zimna, opuściliśmy balię, ubraliśmy się i ruszyliśmy do kuchni. Miki uparł się, że on posprząta w łazience, dlatego ja ruszyłem do kuchni, by zrobić nam coś ciepłego do picia. 
– Miki, chcesz herbatę, czekoladę, czy może... – nie dokończyłem, bo usłyszałem pukanie do drzwi. Trochę mnie to zaskoczyło. Kto to znów? No tym razem mi się raczej nic nie wydawało, nie byłem wyrwany ze snu, ani nic takiego. Zdekoncentrowany ruszyłem do drzwi, i kiedy je otworzyłem, moim oczom ukazał Ezekiel. To mnie naprawdę mocno zaskoczyło. 
– Cześć, Sorey – uśmiechnął się do mnie niby przyjaźnie, ale... sam nie wiem. Coś tu było nie tak.
– Dzień dobry. Stało się coś? – zapytałem, delikatnie marszcząc brwi. Nie pojawiłem się w pracy, bo padało, pan Jorn odpowiedział mi, że jak pada, mam się tam nawet nie pokazywać, więc tam nie idę. Może chodzi i to, jak beznadziejnie tam pracuję? Nie ma dla mnie nadziei? 
– Nic takiego, chciałem porozmawiać z tobą, Mikleo... mogę? – poprosił, a ja poczułem się trochę dziwnie. Ale odmawiać komuś takiemu jak on? Chyba nie powinienem. 
– Ależ oczywiście, proszę. Akurat robię coś ciepłego do picia, napije się pan? – zaproponowałem, wpuszczając go do środka. 
– Nie, ja tylko na chwilę, dosłownie. Po prostu... pojawiają się niepokojące zdania na wasz temat – te słowa mi się nie spodobały. 
– Jakie zdania? Przecież nic złego nie robimy – odparłem ostrożnie, zauważając kątem oka, jak Mikleo nieśmiało wyjrzał z łazienki. Nic jednak nie mówił, cicho obserwował całą tą sytuację z daleka. 
– Chodzi o wasz... związek. Nie praktykuje się tutaj takich rzeczy – odpowiedział, co mnie zszokowało. I kto to mówi? Anioł? Wysłannik Boga? Miłość to coś, co powinno się chwalić, nie piętnować. 
– Jakich rzeczy? Przepraszam bardzo, ale nie robimy niczego złego. Tam na zewnątrz zachowujemy się jak normalna para. A co robimy w domu, nikogo nie powinno obchodzić – odpowiedziałem hardo, oburzony tym, co teraz powiedział. Gdyby Miki był kobietą, tej rozmowy w ogóle by nie było... ale, co to tak naprawdę zmienia? Liczy się to, że między nami jest uczucie, szczere, niewymuszone, prawdziwe. Jesteśmy ze sobą, bo chcemy ze sobą być, to się powinno chwalić. 

<Owieczko? c:>

Etykiety