Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 11 stycznia 2026

|
 Sny, jakie mnie męczyły, były naprawdę okropne... to wszystko przez tę całą rozmowę. Ja nie znałem Ezekiela, ale nie byłem ślepy. Widziałem, że miał duże poparcie w wiosce. Czułem, że jeśli by bardzo chciał, mógłby nas stąd wyrzucić. Jednakże też trochę go nie rozumiałem. Pomógł nam. Pomógł mi, znalazł dla mnie pracę, przyniósł niezbędne produkty do jedzenia... i jak ja mam go rozumieć? Czego on chce? Może serio Mikleo się mu spodobał. Albo ja jemu. Fuj, być z tak starym typem. Nie wiem, jak dużą różnicę w wieku bym przeżył, może tak z pięć lat to w porządku, ale... cóż, Ezekiel jest pewnie strasznie stary. I dziwny. W życiu bym się z kimś takim jak on nie umówił. Wzięłoby mnie na wymioty chyba. 
Nie rozumiałem kompletnie jego motywów, ale wiedziałem jedno; zrobię wszystko, by zapewnić mu bezpieczeństwo, i by nas nigdy nie rozdzielili. On był wszystkim, czego potrzebowałem. Kochałem go nad życiem. Próbowałem szczęścia z wieloma osobami, i dopiero z Mikim czułem coś takiego. Dla mnie był zdecydowanie tym jedynym. Nie wiem, czy czuł to samo, w końcu byłem jego pierwszym... ale miałem nadzieję, że tak. Ze też jestem dla niego tym jedynym. 
Zdrzemnąłem się ze zmęczenia, a obudziłem się jeszcze bardziej zmęczony niż wcześniej. Za bardzo się martwiłem, ale co innego mi pozostało? Stoję przed ciężkim problemem, i nie mogę go zawieść. I nie zawiodę. Dla niego zrobię wszystko... nawet jak jeśli trzeba, to od niego odejdę, byleby on miał dobre życie. 
- Mówiłeś przez sen – powiedział cicho, kiedy kilkukrotnie zamrugałem oczami. 
- Naprawdę? - mruknąłem, przecierając zmęczone oczy. - Okropne miałem sny... zabrali mi cię. Powiedzieli, że tak dla ciebie będzie lepiej – wyznałem, tuląc go do siebie. Musiałem go poczuć. Chłód jego ciała, słodziutki zapach tę specyficzną fakturę skóry... Serafiny wody były takie inne. Materialne i niematerialne zarazem. Miały skórę, i jej nie miały. Był tu, i go nie było. W ogóle te anielskie istoty były takie... wow. No i jestem ja, taki przyziemny, ale to pewnie dlatego, że skądś się u mnie wzięła ludzka krew. Skąd się we mnie wzięła ludzka krew? Które z rodziców było tym człowiekiem? Co się z nimi stało? Tego pewnie się nigdy nie dowiem. Chociaż, miałem nadzieję, że żyją. I oddali mnie, bo... bo musieli. Bo ja, narodzony z tej dziwnej fuzji, byłem zbyt problematyczny. Teraz jestem już lepszy, co nieco się nauczyłem, więc gdybym ich spotkał może... może coś by to dało? Może na tę jedną chwilę poczułbym się tak, jakbym miał rodzinę. Nie potrzebuję wiele, naprawdę. Najbardziej mi brakuje akceptacji. Zwykłego potwierdzenia, że jestem dobry taki, jaki jestem. 
- No już, jestem z tobą. I nigdzie nigdy nie będę się wybierał – uspokoił mnie, gładząc mój policzek, by zaraz ucałować moje usta. Ależ te jego pocałunki były słodkie. Jeszcze troszkę się uczył. Jeszcze były takie trochę niezdarne. Ale mi to w ogóle nie przeszkadzało. Czemu by miało? Ja tam osobiście byłem tym zachwycony. Nigdy nie byłem z kimś, kto rozpoczyna życie uczuciowe, i teraz, będąc z Mikim, nie przeszkadzało mi to, że się uczył. 
- Jesteś niesamowity. Bez ciebie byłbym skazany na porażkę – przyznałem cicho, kiedy się ode mnie odsunął. - I dla ciebie mogę zrobić wszystko. Gdybym jednak kiedyś znów gadał przez sen, po prostu mnie obudź. Nie panuję nad tym. Często bardzo budziłem... współlokatorów. I mieli mi to za złe. Nie chcę być utrapieniem dla ciebie – dodałem, lekko zawstydzony. Gadanie przez sen bardzo często mi się zdarzało. Nawet jak nic się w życiu moim nie działo, ja gadałem jak potłuczony. 

<Owieczko? C:>

Etykiety