Od Soreya CD Mikleo

czwartek, 1 stycznia 2026

|
 Mikleo szybko zasnął w moich ramionach, a nim ja też sobie na to pozwoliłem, trwałem przy nim cierpliwie, gładząc jego mięciutkie włosy. W końcu, najpierw musiałem upewnić się, że on spokojnie odpoczywa. Jakim bym był facetem, gdybym nie zadbał o tak podstawową rzecz? Jego spokój i bezpieczeństwo powinny być dla mnie najważniejsze. Dobrze, że to nie on musi pracować, i znosić te wszystkie spojrzenia, które czasem ja muszę znosić, idąc do pracy czy też z niej wracając. On był taki... delikatny. Niepewny. Martwiłem się, że ktoś to mógł skrzywdzić, zwłaszcza, że tyle lat był gnębiony przez swojego dziadka, przez kogoś, kto powinien go chronić. Dobrze, że tu jestem, i mogę przyjmować na siebie każdy cios. Tyle ich na siebie przyjąłem, że kilka kolejnych mi nic nie zrobi. 
Obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Lekko zaskoczony, zaspany otworzyłem oczy. Mój Miki spał wyjątkowo głęboko, dlatego postanowiłem go nie budzić. Ostrożnie wstałem z łóżka i zaspany podszedłem do drzwi, które zaraz otworzyłem i... nic. Zamrugałem oczami, a następnie wyjrzałem przez nie, patrząc w lewo, i w prawo. Nic. Nikogo nie było. Więc to pukanie... Kto to był? A może mi się wydawało? Jako, że po deszczu powietrze było mokre i zimne, zaraz zniknąłem w głębi domu. Pewnie coś mi się śniło, i stąd do niby pukanie. Tak, to musi być to. 
Zerknąłem na Mikleo, który dalej tak uroczo spał. Nie powinienem go budzić tak po prostu. Może przyniosę mu czekoladę do łóżka? Chociaż, czy kolejna czekolada mu się nie znudzi? Może powinienem mu coś innego przygotować? Może herbatę? O, dobra herbata też nie jest zła. I ciasto. Już na pewno wystygło, i można było go nakładać. 
Z takim nastawieniem ruszyłem do naszej małej kuchni. Starałem się zachowywać bardzo cicho, nie chcąc go przedwcześnie obudzić. Najgorzej było z herbatą z na szczęście jednak wodę zdjąłem w idealnym momencie. Przygotowałem mu napój z każdym możliwym dodatkiem; a to miód, imbir, cytryna, pomarańcza... co tylko miałem pod ręką. Na szczęście jeszcze trochę nam zapasów zostało, i to wszystko dzięki Ezekielowi. Za dużo mu zawdzięczamy. To... niepokojące. Nie wiem czy chcę tak bardzo na nim polegać. Może jak sobie wyrobię imię w tym miasteczku, będę mógł znaleźć pracę gdzie indziej. Wtedy będzie zupełnie inaczej. Poczuję, że osiągnąłem coś sam, bo na razie cały czas polegam na innych, nie potrafię być samodzielny. A później Miki mi mówi, że ja jestem niezwykły. Gdyby nie inni, w ogóle bym nie istniał. 
- Dzień dobry, śpiochu – odezwałem się do mojego partnera, kiedy przyszedłem do niego z tacą, na której było ciasto dla mnie, dla niego, no i też z herbatką. Wszystko, co najlepsze, właśnie dla niego. – Przyniosłem ci trochę słodkości – dodałem, stawiając tackę na stole i ucałowałem go w czoło, łagodnie wybudzając. W sumie to dobrze, że dzisiaj była ta burza. Takiego leniwego dnia trochę mi brakowało. 

<Owieczko? c:>

Etykiety