Od Mikleo CD Soreya

środa, 7 stycznia 2026

|
Z niepokojem wsłuchiwałem się w każde słowo wypowiadane przez mężczyznę. Czułem narastający ucisk w klatce piersiowej, jakby z każdą kolejną sylabą powietrze stawało się cięższe. Ezekiel wcale nie próbował tego ukryć, dawał nam jasno do zrozumienia, że nie chce nas tutaj. A może raczej… nie chce nas takich, jakimi jesteśmy. To wyraźnie mu się nie podobało.
A przecież nie robiliśmy nic złego. Nie całowaliśmy się publicznie, nie dotykaliśmy się w sposób niestosowny, poza granicami naszej prywatnej przestrzeni. A tutaj… tutaj chyba mamy prawo się kochać, prawda? W końcu to nasz dom. Myśli plątały mi się w głowie i sam nie wiedziałem już, co o tym wszystkim myśleć.
Sorey był wyraźnie zdenerwowany. Widziałem to w napięciu jego ramion, w zaciśniętej szczęce. Chciałem coś powiedzieć, zaprotestować, stanąć po jego stronie, ale milczałem. Nie dlatego, że się zgadzałem. Po prostu nie miałem w sobie siły. Czułem się zbyt kruchy, zbyt przytłoczony, by wypowiedzieć choć jedno słowo.
- Nie do końca to, co robicie, jest normalne dla całej społeczności, znajdujcej sie tu - Odezwał się w końcu Ezekiel. - Normalny związek polega na partnerstwie dwóch przeciwnych płci. Wy jesteście mężczyznami. To nie jest stosowne ani tym bardziej normalne. - Mówiąc to, spojrzał raz na mnie, raz na Soreya. Jego twarz nie wyrażała nic poza niesmakiem, zimnym, nieukrywanym uczuciem, które bez wątpienia było skierowane w naszą stronę.
- On i ja jesteśmy normalnym związkiem - Odpowiedział Sorey stanowczo, a jego głos, choć napięty, nie drżał ani przez chwilę. - To moja rodzina. I nikt ani nic tego nie zmieni. A teraz proszę stąd wyjść. Nie pozwolę, aby obrażał pan nas w naszym własnym domu. - W pomieszczeniu zapadła ciężka cisza. Ezekiel wyglądał na wyraźnie niezadowolonego z zachowania mojego partnera, jednak po krótkiej chwili odpuścił. Bez słowa odwrócił się i opuścił domek. Ulgę poczułem niemal natychmiast, wystarczyło już tych wszystkich negatywnych słów.
- Sorey? - Odezwałem się cicho.
Podszedłem do niego niepewnie i objąłem go, jakby wciąż bał się, że ktoś spróbuje nas rozdzielić. Wciąż nie wiedziałem, co myśleć o całej tej sytuacji, a w mojej głowie panował chaos.
- Już dobrze, Miki - Powiedział łagodnie. - Nie pozwolę, by ktokolwiek cię skrzywdził. Ani aby nas rozdzielił. - Pocałował mnie delikatnie w czoło i przytulił mocno do siebie. W jego ramionach świat wydawał się choć trochę mniej okrutny.
- To mnie nie krzywdzi… - Odezwałem się w końcu cicho. - Ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego w jego oczach jesteśmy tacy źli. Przecież nie robimy niczego złego… a może jednak robimy? - Zapytałem, czując, że moje własne myśli zaczynają mi się wymykać spod kontroli. Im dłużej o tym myślałem, tym mniej rozumiałem świat wokół nas.
Sorey przyciągnął mnie bliżej siebie, jakby chciał osłonić mnie przed wszystkim, co przed chwilą padło. Jego dłoń spoczęła na moim biodrze, a ciepły, spokojny dotyk powoli uspokajał drżenie w moim ciele.
- Nie, Miki. Nie rób sobie tego. Nie przejmuj się jego słowami. Nikt nie ma prawa nas oceniać ani mówić nam, kim mamy być. - Uniósł mój podbródek, zmuszając mnie, bym na niego spojrzał. W jego oczach nie było ani wahania, ani strachu, tylko pewność.- Pamiętaj, że cię kocham - Dodał cicho, uśmiechając się do mnie ciepło, jakby w tej jednej chwili chciał stać się całym moim światem. I w tamtym momencie naprawdę nim był.
- Ja też cię kocham. I nie chcę, żeby to wszystko się skończyło. - Przytuliłem się do niego mocniej, jakbym bał się, że jeśli puszczę, los mógłby mi go odebrać.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety