Od Mikleo CD Soreya

wtorek, 6 stycznia 2026

|
 W głębi ducha bardzo cieszyłem się z wyjścia na dwór. Co jak co, lubiłem deszcz, coś, czego Sorey zupełnie nie rozumiał i nie popierał. A jednak, mimo swojej niechęci do zimna i wilgoci, poświęcał się dla mnie, robiąc wszystko, bym chociaż przez krótką chwilę mógł być szczęśliwy. Za to byłem mu naprawdę, szczerze wdzięczny.
- Jesteś pewien? - Zapytałem cicho, zatrzymując go tuż przed wyjściem. - Nie chcę, żebyś zachorował. - Sam nie wiedziałem, czy to dobry pomysł, by narażał się tylko ze względu na mnie. Zawsze mogłem wyjść sam… chociaż prawda była taka, że wcale nie miałem na to ochoty. Zdecydowanie wolałem spędzać czas z nim, póki jeszcze mogłem, póki los dawał nam na to przestrzeń.
- Miki, przestań - Odpowiedział się z rozbawieniem. - Przecież nic mi nie będzie. Poza tym mam przy sobie piękną owieczkę, która nie tylko mnie osuszy, ale i wygrzeje, gdy zajdzie taka potrzeba. - Wymruczał te słowa prosto do mojego ucha, a potem złożył lekki pocałunek na moim policzku. Nim zdążyłem zaprotestować, ujął moją dłoń i pociągnął mnie w stronę podwórka.
Na zewnątrz było zimno i mokro. Deszcz padał równomiernie, cicho bębniąc o ziemię i liście. Ja właściwie nie czułem chłodu, krople na skórze były przyjemne, niemal kojące. On jednak na pewno marzł. Widziałem to w napięciu jego ramion, w delikatnym drżeniu palców, które wciąż splatały się z moimi.
Mimo to nie odezwał się ani słowem. Nie narzekał, nie próbował skrócić spaceru. Chodził ze mną tu i tam, powoli, cierpliwie, pozwalając mi chłonąć każdą sekundę tej chwili. Deszcz spływał po mojej twarzy, a ja uśmiechałem się pod nosem, czując, że to nie pogoda jest tu najważniejsza, tylko on, obecny obok, gotowy znieść dyskomfort, byle tylko widzieć mnie szczęśliwego.
W końcu jednak postanowiłem się nad nim zlitować i zawrócić nas do domu. Wystarczyło, dość tego marznięcia. To, że był gotów poświęcić się dla mnie, było z jego strony naprawdę kochane, ale zupełnie niekonieczne. Owszem, byłem serafinem wody i chłód czy wilgoć nie robiły na mnie większego wrażenia, lecz on… on nie był taki jak ja. Nie musiał się męczyć tylko dlatego, że ja lubiłem deszcz.
- Powinieneś się umyć, a ja zrobię ci herbatę - Zaproponowałem, gdy tylko przekroczyliśmy próg domu.
Nie czekając na odpowiedź, jednym zwinnym ruchem dłoni przywołałem swoją moc. Woda posłusznie odpłynęła z jego ubrań i skóry, pozwalając mu poczuć chociaż odrobinkę ciepła.
- A może chciałbyś zażyć kąpieli razem ze mną? Herbatę możemy zrobić później - Odparł, przyciągając mnie bliżej siebie i uśmiechając się w ten sposób, który zawsze skutecznie odbierał mi resztki rozsądku.
- Jesteś pewien, że chcesz się myć ze mną? Sam poradzisz sobie lepiej i szybciej. - Nie byłem do końca przekonany, czy to dobry pomysł. Może rzeczywiście rozsądniej byłoby, gdyby umył się sam… chociaż gdzieś głęboko w sobie wiedziałem, że gdyby naprawdę tego chciał, nie potrafiłbym mu odmówić.
- A co, jeśli wolę z tobą? - Zapytał z figlarnym błyskiem w oku, po czym lekko klepnął mnie w tyłek.
Zamarłem na moment, zaskoczony, zanim zdążyłem zareagować, rumieniąc się nieznacznie. 
- Przygotuję nam kąpiel, a potem cię zawołam, dobrze? - Dodał już łagodniej.
W odpowiedzi jedynie kiwnąłem głową. Podobało mu się to, widziałem to w jego spojrzeniu i czułem, że właśnie takiej reakcji ode mnie oczekiwał. - W takim razie idę. Zaraz cię zawołam - Stwierdził, po czym zniknął mi z pola widzenia, gdy tylko wszedł do łazienki.
Zostałem sam w ciszy domu, słuchając oddalonych dźwięków nalewanej wody czując, jak serce bije mi nieco szybciej, niż powinno, a wszystko to z jego powodu..

<Pasterzyku? C:>

Etykiety