Czy miałem jakieś plany na dziś? Raczej nie. Nic konkretnego, nic, co warto byłoby zapamiętać. Gdyby nie Sorey, pewnie przespałbym pół dnia, potem ugotował coś bez większego przekonania, sprzątał tylko po to, żeby zająć ręce, zrobił cokolwiek, byle nie pozwolić myślom skręcić w stronę samotności.
Dlatego fakt, że był tu teraz, przy mnie, wydawał się niemal cudem. Cichym, ale potrzebnym.
- Szczerze mówiąc, nie miałem żadnych planów na dziś - Przyznałem w końcu, odkładając talerzyk na bok. - A przynajmniej żaden z tych, które mogłyby się wydarzyć… nie obejmował ciebie. - Mówiąc to, nie spuszczałem z niego wzroku. Obserwowałem każdy jego ruch, nawet ten najmniejszy.
Sposób, w jaki odłożył swój pusty talerz, jak na moment zawahał się, po czym uniósł na mnie spojrzenie. Uśmiechnął się tajemniczo lekko, a tym uśmiechem zawsze sprawiał, że coś we mnie miękło.
- Skoro już tu jestem… - Zaczął, przesuwając się bliżej. Jego dłonie spoczęły na moich udach, przyciągając mnie ku niemu, aż dzieliła nas zaledwie niewielka odległość. - Może uwzględnisz mnie w swoich planach? - Ciepło jego dotyku było rozpraszające. Uniósł dłonie wyżej, opierając je po obu stronach mojej głowy, zamykając mnie w swojej przestrzeni. Mimowolnie uśmiechnąłem się, kładąc dłonie na jego policzkach, muskając je delikatnie kciukami.
- Czyżby wciąż było ci mało? - Zapytałem cicho, z nutą rozbawienia w głosie. - Wczorajsza noc cię nie zaspokoiła? - W moich słowach było więcej prowokacji niż prawdziwego pytania i obaj doskonale o tym wiedzieliśmy.
- Cóż… ciebie zawsze jest mi mało - Stwierdził cicho, a w jego głosie pobrzmiewała pewność i coś jeszcze, coś, co sprawiło, że przeszedł mnie dreszcz. - Jesteś moją słodką owieczką, po którą zawsze będę sięgał z przyjemnością. - Nie dał mi czasu na odpowiedź. Połączył nasze usta w namiętnym pocałunku, który szybko odebrał mi oddech. Mimowolnie odwzajemniłem go, wsuwając dłonie na jego ramiona, przyciągając go bliżej siebie, jakby nawet ta niewielka odległość była nie do zniesienia.
Chciałem czuć go całym sobą, tak blisko, jak tylko było to możliwe, jakby świat poza nami przestawał istnieć.
Pragnienie bliskości, którą mi oferował, było silniejsze niż wstyd i wszelkie wahania. Oddałem mu się całkowicie, pozwalając, by przejął nade mną kontrolę. Chciałem czuć jego obecność, jego dotyk, chciałem zatracić się w nim i w tym, co między nami się rodziło.
Każdy jego ruch rozpalał mnie coraz bardziej, było w tym coś dzikiego, intensywnego, na granicy przyjemności i bólu, który okazywał się zaskakująco słodki. Choć rumieniłem się na myśl o własnych pragnieniach, robiłem wszystko, by dać mu to, czego chciał, odnajdując w tym również własną satysfakcję. W tej chwili istnieliśmy tylko my splątani, bliscy, pochłonięci sobą nawzajem.
Oddychając ciężko, czułem się dobrze, spokojny i spełniony, gdy obaj dotarliśmy do tej samej chwili, a nasze ciała, złączone jak jedna całość, drżały jeszcze od wspólnych pieszczot. Leżeliśmy obok siebie, nie spiesząc się z niczym, jakby czas na moment postanowił nam ustąpić.
- To było niesamowite… - Wyszeptałem, wciąż blisko, patrząc mu prosto w oczy, nie potrzebując niczego więcej. - Ty jesteś niesamowity. - Pocałowałem go delikatnie w usta, pozwalając sobie na chwilę ciszy i odpoczynku, na zebranie myśli i sił. Łóżko było przyjemnym schronieniem, bezpiecznym i ciepłym, ale gdzieś w środku rodziła się już myśl, że jeszcze milej byłoby wyjść razem poza te cztery ściany. I spędzić czas inaczej, nadal blisko, tylko w innym świetle, w innym rytmie dnia, na zewnątrz, po za czterymi ścianami
<Pasterzyku ? C:>