Jego gadanie przez sen było zaskakująco słodkie i urocze. Co najważniejsze, wcale mi nie przeszkadzało. Owszem, obudził mnie, ale nie było w tym nic złego. Wręcz przeciwnie. Pomyślałem wtedy, że skoro potrafię być przy nim w takich drobnych, nieidealnych chwilach, to tym bardziej będę przy nim w tych naprawdę trudnych. Bez względu na to, czy będzie mówił przez sen, czy wręcz przeciwnie milczał.
- Nie przeszkadza mi to, że mówisz przez sen - Odezwałem się cicho. - To całkiem słodkie, gdy śpisz, a ja słyszę, jak powtarzasz moje imię - Uniósł lekko głowę, a na jego ustach pojawił się zawadiacki uśmiech.
- Czyżbyś chciał powiedzieć, że kręci cię to, kiedy mówię przez sen? - Dopytał żartobliwie, unosząc jedną brew i przyglądając mi się z wyraźną satysfakcją.
Pokręciłem głową, czując, jak policzki zaczynają mnie zdradliwie piec.
- Kręci? Nie… chyba nie do końca o to mi chodziło - Przyznałem po chwili. - Ale w jakiś sposób po prostu mi się to podoba. Tylko… nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć. - Zawstydzony opuściłem wzrok i ułożyłem głowę na jego klatce piersiowej...
Wsłuchałem się w rytmiczne bicie serca spokojne, ciche, kojące. Dźwięk, który działał na mnie lepiej niż jakakolwiek kołysanka.
- Tylko żartowałem, owieczko - Wymruczał miękko. - Nie musisz się wstydzić. Choć muszę przyznać, że jesteś naprawdę uroczy, gdy się tak rumienisz. - Objął mnie mocniej, przyciągając bliżej siebie, jakby chciał odgrodzić nas od całego świata.
- Nie mów tak… - Mruknąłem cicho, chowając twarz bliżej jego piersi, próbując ukryć zarówno rumieniec, jak i uśmiech, który i tak zdradzał wszystko.
A on tylko zaśmiał się cicho, gładząc mnie po plecach w tym samym spokojnym rytmie, w jakim biło jego serce.
Sorey wiedział. Wiedział, jak bardzo się wstydzę i jak łatwo pewne rzeczy potrafią mnie wytrącić z równowagi. Jak bliskość, czułość i słowa wypowiedziane zbyt szczerze potrafią wywołać we mnie dezorientację, niekontrolowane rumieńce i to dziwne uczucie, nad którym nie umiem zapanować, choć bardzo bym chciał.
Czułem się wtedy trochę jak dziecko zagubione we mgle. Takie, które powinno już wiedzieć, jak stawiać kroki, a mimo to gubi się na najprostszej drodze. Wstydziłem się tego, bo przecież nie byłem małym dzieckiem. A jednak… bliskość, jego ciepło i poczucie bezpieczeństwa były jednocześnie słodkie i przytłaczające.
Stresujące, ale nie dlatego, że ktoś robił mi krzywdę. Wręcz przeciwnie. Ten niepokój brał się stąd, że jeszcze tego wszystkiego nie rozumiałem. Dopiero uczyłem się znaczenia uśmiechu, dotyku i obecności drugiej osoby. Uczyłem się bliskości krok po kroku, w tempie, na jakie pozwalał mi on sam cierpliwie, bez pośpiechu, ofiarowując mi swoją miłość, ciepło i spokój.
I choć dla wielu ludzi było to coś zupełnie naturalnego, dla mnie chyba zawsze miało pozostać czymś, co wywołuje rumieniec i spuszczony wzrok.
- Dlaczego? Jesteś przepiękna i chcę, żebyś o tym wiedział. Chcę, żeby wiedział o tym cały świat. - Delikatnie ujął mój podbródek, zmuszając mnie, bym spojrzał mu w oczy. W jego spojrzeniu nie było żartu, tylko szczerość, która niemal mnie onieśmielała.
- Bardzo to cenię…Naprawdę. Ale sądzę, że są inni równie piękni, jeśli nie piękniejsi. To ich powinno się chwalić. - Uśmiechnąłem się do niego łagodnie, choć w środku czułem znajome zakłopotanie. A on patrzył na mnie tak, jakby nie istniał nikt inny i to właśnie było dla mnie najtrudniejsze do zrozumienia.
<Pasterzyku? C:>