Tak szczerze, martwię się o niego. Nie powinien pozwalać, by tak bardzo go wykorzystywano. Wiem, że nie ma innego wyjścia, przecież musi się nauczyć pracy, musi zdobywać doświadczenie, ale czy naprawdę musi pozwalać, by traktowano go w ten sposób? Rozumiem, że Kowal może mieć do niego pretensje, że czegoś jeszcze nie potrafi, ale to normalne. Przecież dopiero się uczy. Nie rozumiem tylko, dlaczego nie ma przerw. Jak każdy normalny człowiek powinien mieć chwilę, żeby odpocząć, coś zjeść, złapać oddech. Tymczasem on je dopiero, kiedy wróci do domu. To mnie martwi. Martwi mnie też, jak wygląda, jak szybko gaśnie mu w oczach, jak staje się coraz bardziej zmęczony. On jest wykończony, a mimo to chce poświęcić się dla mnie, bo chce spędzić ze mną czas.
Oczywiście ja również tęskniłem, za jego bliskością, za ciepłem jego ramion, za spokojem jego oddechu przy mojej szyi. Brakowało mi jego dotyku, pocałunków, jego zapachu. Ale teraz to nie jest najważniejsze. Teraz musi odpocząć. Naprawdę odpocząć. A ja muszę dopilnować, żeby nie poświęcał się kosztem własnego zdrowia.
Jutro, kiedy pójdzie do pracy, przygotuję mu ciepły posiłek. Zupa wydaje mi się najlepsza, coś rozgrzewającego, pełnego smaku, czegoś, co nie powtarza się dzień w dzień. Mam wrażenie, że jest już zmęczony jedzeniem w kółko tego samego, byle szybko, byle cokolwiek.
Przytuliłem go i powiedziałem łagodnie:
- Skarbie, uważam, że powinieneś odpocząć. Zjeść kanapkę, skoro nie chce nic innego, napić się herbaty, a potem położyć się do łóżka. Jeszcze przyjdzie czas, żebyśmy poszli razem nad jezioro, żebyśmy pospacerowali i nacieszyli się sobą. Teraz najważniejsze, żebyś miał siłę na jutrzejszy dzień w pracy. - Patrzyłem na niego i miałem nadzieję, że zrozumie. Że przyjmie te słowa jak spokojne wytchnienie, jak pozwolenie, by po prostu na chwilę przestać się spinać. Chciałem, żeby poczuł, że jest bezpieczny, że może odpocząć. Że nie musi zawsze być silny.
Sorey odłożył jedzenie na bok, jakby nagle straciło znaczenie. Chwycił moje dłonie i przytrzymał je mocno, jakby chciał, żebym nigdzie nie uciekł. Cała jego uwaga skupiła się na mnie, czułem to w spojrzeniu, w ciężarze ciszy, która zapadła między nami. Najwyraźniej to, co miał do powiedzenia, było dla niego najważniejsze w tej chwili. Milczałem, dając mu czas. Chciałem, żeby wyrzucił z siebie wszystko, co nosił w środku.
- Miki… - Zaczął cicho, z wahaniem - Problem jest taki, że ja nie chcę cię zaniedbywać. A czuję, że jeśli teraz cię zaniedbam, to… zostawisz mnie. Że znajdziesz kogoś, kto da ci uwagę, miłość i czułość, której ja przez swoje zmęczenie po prostu nie potrafię ci teraz dać. - W końcu. Tak właśnie czułem, że o to chodzi. Że w powietrzu wisiał lęk, o którym wcześniej nie potrafił mówić. Na szczęście miałem w sobie pokój i wyrozumiałość, których potrzebował.
Pochyliłem się lekko, ścisnąłem jego dłonie i spojrzałem mu prosto w oczy.
- Och, Sorey… - Powiedziałem miękko. - Nie mów takich rzeczy. Nie musisz się o to martwić. Nie jestem dzieckiem, które obraża się, bo pracujesz. Kocham cię, i nie zostawię cię tylko dlatego, że jesteś zmęczony i nie masz dla mnie czasu. Poczekam. Kiedy będziesz gotowy, kiedy znów będziesz miał siłę, będziemy z tego czasu korzystać razem. - Zapewniłem, obdarowując go najcieplejszym uśmiechem na jaki tylko było mnie stać.
<Pasterzyku? C:>