A jego moce to nie część jego samego? To trochę dziwne. Chyba nawet tego nie rozumiem, ale może nie chcę rozumieć. Po prostu zaakceptuję to, co mówi, i nie będę tego analizować, to i tak nie ma najmniejszego sensu.
Czasem lepiej po prostu nie pytać, nie myśleć, nie rozumieć. Jakoś dziwnym trafem to zawsze wychodziło mi najlepiej.
- Skoro tak uważasz… - Westchnąłem, ziewając cicho. Przytuliłem go trochę mocniej, jakby w obawie, że jeśli poluzuję uścisk, rozpłynie się w powietrzu. - Dobranoc - Dodałem, gdy zmęczenie zaczęło mnie powoli odsyłać do krainy snów.
- Dobranoc, Haru - Odpowiedział sennie. Schował się w moich ramionach, wtulił jak przestraszone zwierzątko i po chwili odpłynął.
Nadszedł ranek. Dziś mieliśmy wyjechać do mojej babci. Byłem pełen ekscytacji i nadziei na przyjemnie spędzony wspólnie czas, w końcu nie mogłem się już doczekać tego spotkania.
Daisuke natomiast… Cóż. On się tym stresował. Bardzo. Widziałem to w każdym jego ruchu: w tym, jak poprawiał włosy bez końca, jak nerwowo ugniatał rąbek koszulki, jak co chwilę pytał, czy na pewno wygląda dobrze.
Im bliżej było do wyjazdu, tym bardziej wyglądał na przytłoczonego. I może nawet przerażonego. Czasami miałem wrażenie, że zaraz dojdzie do wniosku, że najlepiej byłoby odpuścić i zostać w domu.
- Będzie dobrze - Powtarzałem mu co jakiś czas. - Moja babcia cię polubi. Naprawdę. - A w głębi serca miałem tylko jedną nadzieję: oby mi tylko nie zwariował z powodu tego całego niepokoju, który czuł. Bo choć nie mówił tego wprost, widziałem, drżał nie tylko ze strachu, ale też z tego, jak bardzo chciał, żeby wszystko poszło dobrze.
- A co, jeśli coś pójdzie nie tak? A co, jeśli jej się nie spodobam? Jeśli powiem coś głupiego? Co jeśli… - Zaczął, ale nie pozwoliłem mu dokończyć.
Pochyliłem się i zamknąłem jego usta namiętnym pocałunkiem. Czułem, jak spięte mięśnie powoli się rozluźniają, jak to całe napięcie ulatnia się z niego wraz z każdym oddechem. Nie chciałem, żeby się zamartwiał, to niepotrzebne. Robił sobie tym krzywdę, a ja nienawidziłem patrzeć, kiedy rani się sam, czy to psychicznie, czy fizycznie.
Kiedy odsunąłem się od niego odrobinę, nadal trzymałem dłonie na jego policzkach, żeby nie uciekł wzrokiem.
- Już, cicho… - Powiedziałem miękko. - Żadnego narzekania, żadnych obaw. Wszystko będzie dobrze, naprawdę. Mówiłem ci już. Moja babcia cię polubi. Polubi, pokocha, zaakceptuje. Musisz tylko dać jej szansę… i sobie też. Bo inaczej będziesz cały czas się zastanawiał, czy jest dobrze, czy może nie. - Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, jakby walczył z własnymi myślami. W jego oczach wciąż tlił się lęk, ale na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. Jakby pocałunek był jakąś kotwicą, która przyciąga go z powrotem na ziemię. Miałem nadzieję, że to pomoże. Że naprawdę przestanie się tak bardzo stresować nadchodzącym spotkaniem. Bo jeżeli ktoś zasługiwał na spokój, to właśnie on.
- To co możemy już iść? Czy może masz jeszcze jakieś obiekcje? - Zapytałem, puszczając jego policzki.
<Paniczu? C:>