Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 8 grudnia 2025

|
To naprawdę zaczynało mnie niepokoić. Sorey nie wiedział, kiedy będzie miał wolne, a tak przecież nie powinno być. Jeśli dalej będzie to tak wyglądało, sam porozmawiam z Ezekielem o tym, co dzieje się w kuźni i jak kowal traktuje Soreya. Mój partner może i bał się powiedzieć, co naprawdę go boli, ale ja nie miałem zamiaru pozwolić, by ktokolwiek go krzywdził. Tym bardziej, że na to absolutnie nie zasługiwał.
- Powinieneś mieć wolne jak każdy inny tutaj. Kowal bardzo źle cię traktuje, martwię się o ciebie - Powiedziałem szczerze, naprawdę zmartwiony.
Sorey uniósł głowę i uśmiechnął się do mnie tym swoim łagodnym, uspokajającym uśmiechem.
- Hej, owieczko. Nie martw się o mnie. Przecież mamy spędzić przyjemnie czas, prawda? A więc zróbmy to najlepiej, jak potrafimy. Razem - Szepnął, a zanim zdążyłem odpowiedzieć, pocałował mnie krótko w usta.
Jego dłoń odnalazła moją i pociągnęła w stronę tajemniczego zakątka, który tylko znał. Z każdym krokiem daleko zostawialiśmy za sobą hałas kuźni i tętniącego życiem miasteczka.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, poczułem, jak napięcie ze mnie opada. Świat zwolnił. Przed nami rozciągała się zielona polana otulona słońcem. Trawa była ciepła, jakby zapamiętała każdy promień, który ją dotknął. Niedaleko czysta, płytka woda, w której odbijały się korony drzew. Ptaki śpiewały cicho, jakby dla nas.
Byliśmy tylko my dwoje. Nie potrzebowaliśmy niczego więcej.
Sorey usiadł tuż obok, tak blisko, że czułem zapach jego skóry i dymu paleniska, który zdawał się stale za nim podążać, zdecydowanie po powrocie będzie musiał się umyć.
Położył głowę na moim ramieniu i westchnął lekko, spokojnie, jak ktoś, kto choć na chwilę znalazł ulgę w tym ciężkim dniu.
- Tutaj nikt nie krzyczy, nikt nic ode mnie nie wymaga, tu jest tak dobrze. - Powiedział prawie szeptem. - Tutaj jesteśmy bezpieczni. - Na dzięki jego słowa przytuliłem się do niego, czując ulgę gdy było obok mnie.
Kiwnąłem głową. Tutaj naprawdę czuliśmy się bezpieczni, a to, że byliśmy razem i nikt nie mógł nam przeszkodzić, napełniało mnie spokojem. Jedynie śpiew ptaków i szelest liści towarzyszyły naszym myślom.
- A może zostaniemy tu już na zawsze? - Zapytał nagle, podnosząc głowę z mojego ramienia patrząc mi prosto w oczy, jakby w tej chwili całe jego serce znalazło się w tym jednym pytaniu.
Roześmiałem się cicho, ciepło, kręcąc delikatnie głową.
- To byłoby cudowne. Ale wiesz, że nie możemy. W końcu ktoś by nas tu znalazł, a ty musisz jeść, żeby żyć. Poza tym ucieczka nie jest rozwiązaniem. Musisz stawić problemom czoła i nie pozwolić, żeby dalej cię tak traktowano. Nie zasługujesz na to. Jesteś cudownym aniołem, wspaniałym partnerem… bez ciebie wciąż byłbym uwięziony. To ty pokazałeś mi, jak żyć. Teraz nie możesz uciekać. - Szepnąłem, łącząc nasze usta w delikatnym pocałunku.
- Masz rację, ale kiedy ja nie chcę nikogo zawieść, chcę się starać. Ale cokolwiek bym nie zrobił i tak jest źle - Wyjaśnił, ciężko przy tym wzdychając. 
- Wiem, że nie chcesz nikogo zawieść, ale takim zachowaniem krzywdzisz najbardziej siebie a to nie jest zdrowe - Odparłem, martwiąc się o niego i o to jak może się to wszystko potoczyć, jeśli nic z tym nie zrobi.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety