Od Soreya CD Mikleo

piątek, 7 listopada 2025

|
 Trochę mnie zmartwił fakt, że nie już nam się zaczęło nam się kończyć jedzenie. W końcu, pieniędzy tak od razu nie dostanę, tylko minimalnie po kilku przepracowanych dniach. I co ja będę jadł? Nie chciałbym już na początku się tu zadłużać. Może jak ładnie poproszę, bym dostał dniówkę? Żeby chociaż kupić kolejne składniki na kolejne posiłki? No cóż, spróbuję, nie będę miał wyjścia, jeżeli chcę coś jeść. Że też moja ludzka strona się musi odzywać... gdyby nie ona, moje życie byłoby prostsze. Czemu jakikolwiek anioł chciał się związać z człowiekiem? Ludzie to same problemy, i przez to ja teraz też jestem samym problemem. 
– Cóż, przejść się ze mną możesz, nie mogę ci tego zabronić – odpowiedziałem, przeczesując dłonią rozczochrane włosy. – Bardzo mało nam zostało jedzenia? – spytałem, trochę zmartwiony tym faktem. 
– Cóż, na dwa kolejne dni coś jeszcze mamy. Nie jest tego dużo, będą się trochę te posiłki powtarzały, ale lepsze to, niż nic, albo jagody z suchym chlebem – odpowiedział, skupiając się całkowicie na przygotowaniu dla mnie idealnej jajecznicy. Ależ on jest wspaniały. Kto inny starałby się dla mnie przygotowywać tak dobrą jajecznicę? Albo ogólnie jedzenie. Zawsze to ja musiałem dbać o siebie, a teraz mam przy sobie wspaniałego chłopaka, przy którym się o nic nie muszę martwić. 
– Czyli najpóźniej jutro już muszę pracować, czyli dzisiaj muszę znaleźć pracę, koniecznie – westchnąłem cicho, niepocieszony, może trochę zestresowany. Do tej pory byłem raczej pozytywnie nastawiony, ale teraz? Jak wręcz muszę ją znaleźć, i to koniecznie? To taki stres trochę się we mnie pojawia. 
– Nie martw się, na pewno ci się uda – odpowiedział, odwracając na chwilę głowę w moją stronę. – Jesteś pracowity, silny, chętny... Dasz radę. To będzie chwila. 
– Tak, oby – westchnąłem ciężko, j w tym samym momencie usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Wymieniliśmy zaskoczone spojrzenia, nikogo się nie spodziewaliśmy. W końcu, nikogo tutaj jeszcze nie znaleźliśmy. Trochę pogadałem z ludźmi, owszem, ale czy kogoś poznałem? Chciałem, ale nie mogłem znieść tych dziwnych spojrzeń. A może to do Miki'ego ktoś? Może się z kimś zakumplował, jak ja nie patrzyłem? – Spodziewasz się kogoś? – spytałem, na co pokręcił głową. 
Udałem się sieć w kierunku drzwi, a kiedy je otworzyłem, moim oczom ukazał się gen dziwnie znajomy facet. Trzymał drewnianą skrzynkę, w której to znajdowało się jedzenie; świeże warzywa, mąka, cukier, sól, jakiś makaron, ryż, mleko i inne rzeczy tego typu... wszystko, czego potrzebowaliśmy do życia. A może raczej wszystko, czego ja potrzebowałem, bo Miki to tak naprawdę niczego nie potrzebował. 
– Dzień dobry – odezwałem się cicho, niepewnie, trochę bo nie rozumiałem, co on tu robił. 
– Dzień dobry. Pomyślałem, że skoro jesteście tu nowi, może wam brakować kilku rzeczy i trochę zapasów może się wam przydać, dopóki się nie zaaklimatyzujcie. Proszę, to dla was – powiedział życzliwie, podając mi skrzynkę, którą to niepewnie przyjąłem. To było... dziwne. Bardzo dziwne. Nie spodziewałem się takiego aktu ze strony rady. 
– Cóż, dziękujemy, na pewno nam się przyda – przyznałem, siląc się na lekki uśmiech. Przez chwilę się zastanawiałem, czy go nie wpuścić, nie zaprosić na kawę, czy herbatę, ale czy to też nie byłoby dziwne? Nie znałem tego mężczyzny, nawet jeśli mi się wydawał znajomy. No i sam nie byłem gotowy na przyjęcie gościa, w końcu dalej byłem w piżamie. 
– Nie będę już wam przeszkadzał. Powodzenia i do zobaczenia – po tych słowach opuścił nasz próg.
– Cóż, kwestię jedzenia chyba na jakiś czas mamy rozwiązaną – odpowiedziałem Mikleo, wracając do kuchni z małym podarkiem. 

<Owieczko? c:>

Etykiety