Od Soreya CD Mikleo

środa, 12 listopada 2025

|
 Jego zachowanie mnie martwiło. Co działo się z Mikleo? Zachowywał się trochę... dziwnie. Jakby przez okno zauważył coś, albo kogoś, co go zaniepokoiło. Kiedy jednak ja wyjrzałem przez okno, nic się nie działo. Ludzie zajmowali się sobą, a to prowadzili zwierzęta do zagród, dzieciaki chyba wracały ze szkoły, ogólnie wesoło i jakoś tak... dziwnie. Sielankowo. Już widziałem ten obrazek, kiedy poraz pierwszy tutaj przyszliśmy, i byłem zachwycony. To miało być to miejsce. Nasz dom, społeczność, która nas zaakceptuje, pomoże się nam odnaleźć, zapewni bezpieczeństwo... nie sądziłem, że to aż takie kłamstwo. 
– Powinniśmy zdobyć lepsze zasłony. Bardziej kryjące. Te są zbyt prześwitujące – mruknąłem, uważnie zakrywając okno. 
– Może to nie jest aż taki zły pomysł – rzucił, odwracając się w moją stronę. To mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że kogoś za oknem zauważył. 
– Ktoś nas podglądał? – zapytałem, czując powoli, jak wściekłość zaczyna wrzeć mi w żyłach. Co kogoś obchodzi, co robimy w domu? Domu, który nam sam podarowali? Miejsce, które to miało być naszą ostoją. 
– Nie, nie, to wcale nie tak, coś mi się po prostu wydawało – odpowiedział, co mnie jeszcze bardziej zmartwiło i wkurzyło jednocześnie. 
– Co ci się wydawało? Kto go był? Potrafisz go rozpoznać? – pytałem, już gotów na rozmówienie się z tym podglądaczem. Nic im nie robimy, mogliby nam dać spokój, i szansę na wykazanie się. 
– Sorey, spokojnie, to nic takiego. Chodź, połóżmy się, wypijmy... może poczytamy? Jest tu trochę książek, albo pójdziemy do biblioteki. Na pewno jest tu historia, którą dobrze odkryć – zaproponował, chwytając moją dłoń. W tym prostym geście było coś jeszcze; uspokajał mnie. Krew w moich żyłach uspokoiła się, płynęła powoli, a i też moja złość na całe to miejsce przemijała. On... on jest niesamowity. Bez nich już dawno bym kogoś zabił. Na pewno tego fagasa, co chciał na niego skoczyć z nosem. On nie zasługiwał na przeżycie, czemu Mikleo mnie wtedy odciągnął od niego? Chciał go zabić, bo nie chciał dać mu to, czego chce. Ile osób w ten sposób wykorzystał? Zranił? Nie, nie zasługiwał na przeżycie. Pewnie został tam, i dalej krzywdzi Bogu ducha winnych ludzi. 
– Jak nas w ogóle do biblioteki wpuszczą – mruknąłem posępnie. Dojdzie jeszcze do tego, że nawet nam nic nie będą chcieli sprzedać. Albo będą to robić po takich cenach, że nie będzie mnie stać na życie tutaj. 
– Wpuszczą. A jak nie, rozwiniemy skrzydła i sami pozwiedzamy te tereny. Pobliskie już znamy, ale dobrze byłoby zwiedzić całą tę wyspę, nie jest aż taka duża – zaproponował, uśmiechając się ładnie. 
– Jeśli tego moja Owieczka pragnie, to tak uczynimy. Boże, jak ja się cieszę, że mam cię ze sobą – odpowiedziałem, nagle go mocno do siebie tuląc. Bez niego... bez niego nie wiem, co był zrobił. To moja ostoja, bez której nie sam sobie rady. 

<Owieczko? c:>

Etykiety