Od Soreya CD Mikleo

wtorek, 11 listopada 2025

|
 Poczułem się źle. Mikleo miał rację, to nie była jego wina, a ja na niego krzyczę... nie, to tak nie może wyglądać. Spuściłem zmartwiony wzrok, czując się okropnie. Za bardzo wybuchłem... I to nie wobec niego powinienem kierować tę złość, a ukierunkować ją w stronę wszystkich tych ludzi, którzy mają problem z tym, że kocham Mikleo. Gdyby Miki był kobietą, nikt nie miałby żadnego problemu, a pewnie nawet by to pochwalali. A teraz wszyscy nami gardzą. 
– Przepraszam, ja po prostu... przepraszam – powiedziałem cicho, wpatrując się w swoje dłonie. Muszę uważać na swoje emocje, zwłaszcza na gniew. Gniew jest destrukcyjny. Trudny do opanowania. Już raz dałem się mu opanować, i omal nie skrzywdziłem Mikleo. Muszę pamiętać o tym, co we mnie drzemie, i o tym, że nie mogę się denerwować. Nie w takich miejscach. Nie przy Mikim. 
– Wiem, że cię to frustruje. Wiem, że po prostu chcesz mnie kochać. Nie dziwię ci się absolutnie. Są jednak przeszkody, których nie da się przeskoczyć – powiedział cicho, kładąc dłoń na moim policzku. 
– Chciałem tylko miejsca dla ciebie, w którym będziesz czuć się dobrze. A tymczasem wszystko wskazuje na to, że nas odtrącą, zanim nas jeszcze dobrze poznali – powiedziałem ze smutkiem, siadając ciężko na łóżku. Nasze małe marzenia powoli zaczynają się sypać, a jeżeli posypią się całkowicie... to co mi zostanie? Jaki mamy inny plan? Gdzie pójdziemy, zwłaszcza, że zbliża się zima? Bez żadnych zapasów i ciepłego kąta, długo nie będę w stanie egzystować. A Miki mnie oczywiście nie opuści. 
– Może muszą się do nas przyzwyczaić? – rzucił, na co się uśmiechnąłem gorzko. 
– Większe zrozumienie i dobroć otrzymywaliśmy w tych wszystkich wioskach, jakie mijaliśmy po drodze. Zwłaszcza w tej ostatniej, tam było bardzo przyjemnie, i miło, aż chciało się zostać. Gdyby nie ten typek, co rzucił się na ciebie z nożem, bardzo miło wspominałbym fę wioskę – odpowiedziałem, zerkając przez okno. Pogoda, jakby rozumiejąc mój stan i przygnębienie, też była taka... ponura. Nijaka. Ale to dobrze. Będę mógł siedzieć w domku bez poczucia tego, że marnuję dzień siedząc w domu. 
– To może jak nam nie wyjdzie, spróbujemy tam? – zaproponował, chwytając moją dłoń. 
– Może... ale tutaj jest jakiś plan. Mieszkańcy chcą coś robić, chcą żyć. A tam? Udają, że żadnego problemu nie ma, a wybuchy magii zabijają kolejnych ludzi. Nie mogę pozwolić, by tobie się coś stało – powtórzyłem dobitnie, zerkając na niego kątem oka. Chciałem zrobić dla niego bezpieczny kąt, dać mu poczucie bezpieczeństwa, zapewnić dobre życie, a... coś mi nie wychodzi. Jak zawsze, gdy się staram. Jak zwykle potrzebuje pomocy innych, by coś osiągnąć. – Może przygotować ci czekoladę? – powiedziałem zupełnie innym, bardziej wesołym tonem, odwracając się w jego stronę. Nie mogę być zbyt poważny, to do mnie nie pasuje, martwi Mikleo... muszę być bardziej beztroski. Głupkowaty, jak to ja. 

<Owieczko? c:>

Etykiety