Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 10 listopada 2025

|
 Nie spodobało mi się to spojrzenie. Doskonale wiedziałem, co ono oznacza, temu facetowi nie podobało się to, że jesteśmy razem. Niech tylko jednak spróbuje mi coś powiedzieć. Wiem, że może i należy do rady, ale nie jest naszym żadnym opiekunem. Zresztą, nawet jakby był, to co mu do tego? Nie robimy nic złego. Nikogo nie krzywdzimy, tylko się kochamy. A to nie jest żaden grzech, nieważne, co mówią inni. 
– Przepraszam, ale kim pan jest? – zapytałem, mając serdecznie dosyć jego podchodów. Chciałem wiedzieć, kto przede mną stoi, bo to, że pomaga mi znaleźć pracę, na pewno nie jest normalne. 
– Racja, nie przedstawiłem się. Jestem Ezekiel – powiedział, i jak na mnie to imię wrażenia nie wywarło, tak mój chłopak się wydawał tą informacją poruszony. 
– Proszę wybaczyć, nie poznałem... – zaczął, lekko spanikowany, czego nie rozumiałem. Co się dzieje? Czemu miałby go poznać? 
– Nic się nie dzieje, miałeś prawo. Zostałem tu, żeby opiekować się wioską – uśmiechnął się ciepło do mojego chłopaka, chociaż ja miałem wrażenie, że był to taki wymuszony uśmiech. – Staw się jutro u kowala skoro świt – dodał tonem nieznaczącym sprzeciwu, i zaraz odszedł. 
– Kto to jest Ezekiel? Znasz go? – spytałem cicho Mikleo, bo wychodziło na to, że tylko ja tu jakiś niedoinformowany jestem. 
– Jest to jeden z wyższych aniołów. Myślałem, że oni wszyscy udali się do nieba, ale jak się okazuje nie wszyscy – wyjaśnił, a ja poczułem się trochę głupio. Skoro Miki go znał, to ja, jako anioł, też go powinienem znać. A tymczasem pierwszy raz słyszę to imię. Swoją drogą, ja i tak za dużo o aniołach nie wiedziałem, bo jakoś tak... nie za dużo ich spotykałem na swojej drodze. Był Miki, owszem, był dziadek, kilku aniołów poznanych na przestrzeni mojej nauki, ale to dosłownie na palcach jednej ręki.
– Czemu jeden z wyższych aniow chce mi pomagać? Z dobroci serca? Czy on nie ma ważniejszych rzeczy do roboty niż pomaganie mi? – zapytałem, kierując nas do domku. Dziwnie się czułem z faktem, że mam iść do pracy którą dostałem, bo ktoś się nade mną zlitował. Nie tak to miało wyglądać. Miałem być jak najbardziej samodzielny. A to... to nie jest bycie samodzielnym. To jest litowanie się nade mną, co było całkowicie niepotrzebne. Ja sobie sam poradzę idealnie. Dałbym radę, znalazłbym coś. Potrzebowałem tylko szansy. 
– Nie wiem. Nie mam pojęcia, naprawdę – odpowiedział cicho, niepewnie. 
– Może wyczuł, że jestem słabszy i się nade mną ulitował? – rzuciłem, trochę przygaszony tym pomysłem. To musi być to. W końcu, co innego by przez niego przemawiało? Jak beznadziejny muszę być, że nawet jakiś wielki lider się nade mną lituje? 

<Owieczko? c:>

Etykiety