Od Mikleo CD Soreya

sobota, 8 listopada 2025

|
 Nie byłem do końca przekonany, czy naprawdę mi uwierzył. Wyraz jego twarzy mówił więcej niż słowa, coś w spojrzeniu, w delikatnym drgnięciu ust, w tym jak uciekał wzrokiem. Wyglądał na kogoś, kto dźwiga więcej, niż chciałby przyznać. I to właśnie mnie martwiło,nie chciałem widzieć na jego twarzy smutku, tej cichej rezygnacji, która kłuje w serce. Nie lubię, kiedy cierpi. Nie lubię, gdy muszę na to patrzeć. Nie lubię nie móc nic z tym zrobić.
- Tak sobie myślę... - Zacząłem ostrożnie, dobierając słowa jak kroki po cienkim lodzie. - Jeśli nie udało ci się jeszcze znaleźć pracy, to może... może ja zacznę jej szukać? Dla mnie to żaden problem. - Mówiłem spokojnie, starając się, by w moim tonie nie było współczucia, którego mógłby nie przyjąć. Wiem przecież, jak bardzo zależy mu na tym, by być odpowiedzialnym, by utrzymać nas, jakby był głową domu. Czasem zachowuje się jak mąż, chociaż przecież nim nie jest. Nie musi mnie utrzymywać, naprawdę. Jestem zdrowy, silny i świetnie sobie radzę.
- Miki... - Jego głos zabrzmiał ostrzej niż zwykle. Chyba chciał mnie natychmiast sprowadzić na ziemię, pokazać granicę, której nie powinienem przekraczać. - Powiedziałem, że to ja będę pracował w okresie letnim, prawda? - Spojrzał mi prosto w oczy, jakby chciał, żebym w końcu przestał mu w tym przeszkadzać. - Więc pozwól mi dotrzymać słowa i nie mieszaj w moich planach, dobrze? - Był stanowczy. Zawzięty. Może nawet trochę zły. Rzadko widuję go takiego, zazwyczaj jest spokojny, łagodny, zrównoważony. Widocznie ta sprawa naprawdę była dla niego ważna. Moje słowa musiały go dotknąć, chociaż nie chciałem go zranić.
Sorey widząc moją minę westchnął cicho drapiąc się po głowie, zmieniając ton głosu.
- Przepraszam - Powiedział po chwili, jego ton złagodniał. - Nie chciałem być oschły ani nieuprzejmy... - Dodał cicho, pochylając się, by musnąć pocałunkiem moją dłoń. Było w tym tyle czułości, że serce aż zadrżało. - Po prostu bardzo mi zależy na tej pracy. Chcę być odpowiedzialnym dorosłym, kimś, kto potrafi utrzymać dom i swoich bliskich. - Te słowa trafiły mnie głęboko. Patrzyłem na niego i myślałem, że naprawdę mam szczęście. Taki młody, a już tak dojrzały. Tak oddany. Mimo że mógłby żyć beztrosko, on wybiera ciężar odpowiedzialność, troskę o innych, to naprawdę mnie zaskoczyło.
- Dobrze - Uśmiechnąłem się łagodnie. - Skoro tego potrzebujesz, nie będę ci tego odbierał. Znajdziesz pracę, a ja ci w tym pomogę, na tyle na ile pomóc będę w stanie, obiecuję. - Ścisnąłem trochę mocniej jego dłoń, czując jak napięcie z niego powoli opada. A gdy w końcu się tak stało ruszyliśmy nad jezioro. Miejsce, które zawsze działało jak lekarstwo. Miałem tam odpocząć, choć tak naprawdę nawet nie wiedziałem, od czego. Nic przecież nie robiłem. Nie zasłużyłem na odpoczynek.
Dziadek by mnie skarcił, gdyby mnie tak zobaczył, leniącego się bez celu. Nie tak mnie wychował. W jego oczach praca była miarą wartości, a ja ostatnio nie robiłem nic, co by ją potwierdzało.
- Wejdź do wody i się zrelaksuj - Powiedział, puszczając moją dłoń. Stał obok, patrzył, jak wahanie odbija się w moich oczach. - Coś się stało? - Dopytał, widząc brak mojej reakcji.
- Nie, zastanawiam się tylko co by dziadek powiedział, gdyby nas teraz zobaczył - Wytłumaczyłem, wpatrując się w taflę wody.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety