Czy wyglądał bardziej przystojnie? Zdecydowanie tak. Każde jego spojrzenie, gest i uśmiech sprawiały, że serce biło mi szybciej. Cały on bardzo mi się podobał, inaczej nigdy bym z nim nie był. W końcu nie jestem z nim z litości, coś takiego nawet nie wchodziłoby w grę.
Gdybym nic do niego nie czuł, a mimo to on darzyłby mnie uczuciem, nigdy nie pozwoliłbym nam być tak blisko. To byłoby okrutne, skrzywdziłbym go, a tego naprawdę nie chciałem.
- Jesteś bardzo przystojny. Właśnie dlatego się w tobie zakochałem - Wyjaśniłem, obdarzając go najszczerszym uśmiechem, na jaki tylko mnie było stać.
- Wciąż tego nie rozumiem - Przyznał cicho, spuszczając wzrok, lecz w jego głosie słychać było ciepło. - A jednak cieszę się, że mnie kochasz i że jesteś ze mną. Nie chciałbym mieć przy swoim boku nikogo innego. - Gdy to powiedział, ucałował moją dłoń i opuścił chatkę, w której razem mieszkaliśmy...
Poszukiwania pracy nie okazały się wcale takie proste, jak się spodziewaliśmy. Wydawało się, że wioska pełna jest ludzi, którzy potrzebują rąk do pomocy, budownictwo, wyrąb drewna, przygotowanie opału, a jednak nikt na początku nie potrzebował robotników. Było to dziwne, wręcz niepokojące. Zauważyłem, że Sorey z chwili na chwilę tracił nadzieję, a widok tego przygnębienia ściskał mi serce. Wiedziałem, jak bardzo chciał znaleźć zajęcie, nie dla siebie, lecz dla nas obojga, byśmy mogli wreszcie poczuć się częścią tego miejsca.
- Czego szukacie? - Usłyszeliśmy nagle za sobą głos mężczyzny. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy mężczyznę który dziś dał nam skrzynkę z jedzeniem i jako jeden z pierwszych przyjął nas w tej wiosce.
- Dzień dobry - Odezwał się Sorey, drapiąc się po głowie i uśmiechając lekko. - Szukamy pracy. W końcu trzeba z czegoś żyć... i mieć co jeść. - Wyjaśnił, drapiąc się nerwowo po głowie.
- Rozumiem. - Mężczyzna skinął głową z życzliwym uśmiechem. - Mój przyjaciel potrzebuje ludzi do pomocy w kuźni. To ciężka, fizyczna praca, temperatura potrafi dać w kość, ale jeśli jesteś silny, powinieneś sobie poradzić. Jeśli chcesz, mogę z nim o tobie porozmawiać. -
Był zaskakująco uprzejmy. Zbyt uprzejmy. Słuchając go, poczułem dziwny niepokój. Dlaczego był dla nas tak życzliwy? Czy każdy nowoprzybyły mógł liczyć na taką pomoc? Coś w jego tonie sprawiło, że poczułem dreszcz na plecach.
Nie wiedziałem jeszcze, czy powinniśmy mu zaufać. Ale spojrzenie Soreya, pełne nadziei i wdzięczności, sprawiło, że poczułem spokój.
- Nie musi mi pan pomagać, naprawdę, poradzę sobie - Zapewnił Sorey, wyraźnie niechętny wobec tej nagłej uprzejmości. Wcale mu się nie dziwiłem, sam nie czułbym się komfortowo, przyjmując tyle pomocy od kogoś, kogo praktycznie nie znamy.
- Niczym się nie przejmujcie –- Odparł mężczyzna z łagodnym uśmiechem. - U nas to normalne. Pomagamy sobie nawzajem. Rozgośćcie się, odpocznijcie... a resztą zajmę się ja. - Zanim Sorey zdążył choćby otworzyć usta, by zaprotestować, tamten już się odwrócił i odszedł spokojnym krokiem w stronę głównej drogi.
Staliśmy chwilę w ciszy, patrząc, jak jego sylwetka znika za zakrętem między drzewami.
- On jest... trochę dziwny - Mruknąłem w końcu, nie odrywając wzroku od miejsca, w którym przed chwilą zniknął.
<Pasterzyku? C:>