Na dźwięk jego pytania uśmiech sam wystąpił na moje usta.
- Czekoladę? - Powtórzyłem trochę rozmarzonym głosem, już czując w ustach smak czekolady którą dla mnie zrobi. - Uwielbiam czekoladę. Zdecydowanie to poprawi mi nastrój. Tak, czekolada to dobry pomysł - Odparłem, a on od razu odwzajemnił uśmiech, ciepły i przyjemny i tylko mój.
- Chętnie się jej napiję, ale tylko w twoim towarzystwie. Samotnie nic nie smakuje tak samo. - Stwierdziłem, nie chcąc pić jej sam, to naprawdę nie smakowało by tak dobrze..
Sorey uśmiechnął się chociaż czułem, że nasza wcześniejsza rozmowa go przygnębiła, a przecież nie to było moim zamiarem. Nie chciałem, by między nami pojawił się dystans. To miała być zwykła rozmowa, szczera wymiana myśli, a jednak przerodziła się w coś cięższego, w cichy konflikt. Ale może to właśnie część tego wszystkiego, wzloty i upadki, słowa, które czasem bolą, a potem uczą. Może na tym polega miłość, na zrozumieniu, że nie zawsze będzie łatwo, ale mimo to chce się zostać. A ja... choć wciąż nie do końca pojmuję, czym jest prawdziwa bliskość, wiem jedno, chcę być z nim. Do końca moich dni.
- Oczywiście, z tobą zawsze się napiję - Powiedział w końcu, próbując rozładować napięcie.
Mój partner ruszył w stronę kuchni pozostawiając mnie w salonie. Słysząc jego ciche kroki. Zapach mleka i kakao powoli wypełniające powietrze, nabrałem jeszcze większej ochoty na gorący napój.
Zanim czekolada była gotowa, podszedłem do okna, odruchowo odgarniając firankę.
Za szybą nic się nie działo, spokojny widok ulicy, po której spacerowali ludzie z zakupami, dzieci śmiejące się gdzieś w oddali, psy szczekające na przechodniów. Zwyczajny dzień. Ale coś przykuło moją uwagę.
Na rogu, w cieniu stał Ezekiel.
Zamarłem. Patrzył w naszym kierunku, wprost na okno, za którym stałem. Nie poruszał się, jakby czegoś szukał wzrokiem, jakby próbował odczytać coś z wnętrza mieszkania.
Przez chwilę miałem nadzieję, że to tylko złudzenie, przypadek, ale im dłużej trwało to spojrzenie, tym silniej czułem niepokój. Serce przyspieszyło, dłonie lekko zadrżały.
Czy on... nas obserwuje?
Słowa Soreya wróciły do mnie jak echo, jego ostrzeżenia, jego nieufność wobec Ezekiela. Może miał rację. Może ten mężczyzna rzeczywiście jest kimś więcej, niż tylko zwyczajnym aniołem, chcącym nam pomóc.
Nagle ciepły głos zza pleców oderwał mnie od ponurych myśli.
- Gotowe. - Sorey stanął obok, podając mi kubek z gorącą czekoladą. - Wszystko w porządku? - Nie odpowiedziałem od razu. Wzrok miałem wciąż utkwiony w pustą już ulicę. Ezekiel zniknął. Ale niepokój pozostał.
- Ach tak, oczywiście, wszystko w porządku - Zapewniłem, przyjmując od niego kubek z gorącą czekoladą. Uśmiechnąłem się lekko i upiłem łyk. - Pyszne... naprawdę pyszne - Dodałem, unosząc wzrok na jego twarz. W tym prostym geście, w jego trosce i ciepłym spojrzeniu, było coś, co zawsze potrafiło mnie uspokoić.
Sorey jednak nie wyglądał na przekonanego. Przechylił głowę, obserwując mnie uważnie.
- Miki, na pewno wszystko gra? - Zapytał cicho, z niepokojem w głosie. Zrobił krok w stronę okna i odruchowo wyjrzał na zewnątrz, jakby chciał dostrzec to samo, co przed chwilą widziałem ja.
- Tak. Chodźmy... wszystko jest już dobrze. - Nie chciałem o tym myśleć. Nie chciałem znów widzieć w wyobraźni tego spojrzenia zza szyby.
Może to tylko zmęczenie. Może mi się zdawało.
Na pewno mi się zdawało. Nic się nie dzieje... prawda?
<Pasterzyku? C:>