Nie zgadzałem się z jego słowami. Zdecydowanie przesadzał i choć rozumiałem, skąd biorą się jego obawy, wciąż się o niego martwiłem. Zbyt mało miał w sobie wiary, zbyt często pozwalał, by strach zagłuszał rozsądek. Powinien nad tym popracować, popracować nad wiarą, niestety bez niej niczego nie osiągnie.
- Myślę, że nie o to tu chodzi - Odezwałem się spokojnie, starając się złagodzić napięcie. - Anioł tak wysokiej rangi jak on został tu, by wspierać takich jak ty czy ja. On po prostu stara się być miły, bo widzi, że ludzie jeszcze nie do końca nas znają, nie do końca ufają. Powinieneś się cieszyć, że chce pomóc, a nie od razu dopatrywać się złych intencji. Naprawdę, nie wszystko, co się wokół dzieje, jest złe. Pomoc nie zawsze oznacza upokorzenie drugiego człowieka czy tam anioła. - Tłumaczyłem cierpliwie, choć sam nie byłem do końca pewien, czy w to wierzę.
Nie chciałem, żeby traktował zachowanie mężczyzny jako coś złego. W końcu może tamten wcale nie miał niczego złego na myśli.
- No nie wiem… - Mruknął po chwili, otwierając mi drzwi do chatki. - Nie jestem tego taki pewien. Widziałeś jego spojrzenie? Gardził nami. Gardził tym, że jesteśmy razem. Więc dlaczego miałby nam pomagać? To nie ma sensu. - Zawahałem się. Chciałem mu odpowiedzieć, ale słowa utknęły mi w gardle. W końcu tylko westchnąłem i wszedłem do środka, otrzepując buty z błota. To zdecydowanie nie był temat który mógłby ze mną przerobić.
- A może… - Zacząłem ostrożnie, czując narastającą w nim złość - Może oni po prostu nie akceptują takiej miłości? Wiesz, Bóg stworzył kobietę i mężczyznę po to, żeby razem tworzyli rodzinę. On, ona i dzieciaki… My nie możemy tego mieć, i choć mi to nie przeszkadza, oni widzą to inaczej. Może to nie zło, tylko inne spojrzenie. Może po prostu lepiej nie afiszować się z tym tak bardzo? Może to wystarczy aby nikt nie patrzył i nie traktował nas w ten sposób.- Zaproponowałem cicho, zdejmując buty.
- Afiszować? - Prychnął mocno podenerwowany. - Co my takiego robimy? Trzymamy się za ręce, czasem spojrzymy na siebie dłużej. Nie całujemy się przy innych, nie robimy nic złego! A mimo to patrzą na nas, jakbyśmy popełnili grzech śmiertelny. Co w tym wszystkim jest tak strasznego? - Nie potrafiłem odpowiedzieć. Patrzyłem tylko, jak jego twarz zmienia się z każdym słowem. Złościł się, a ja czułem, że ta złość nie jest skierowana do mnie, tylko do świata, który nie chciał go zrozumieć, a mimo to czułem się z tym źle, a wszystko dla tego, że nie potrafiłem mu pomóc ani uspokoić, mogłem tylko trać i starać się go uspokoić.
- Sorey… - Odezwałem się łagodnie. - Proszę cię, nie unoś się na mnie. Ja nic złego nie zrobiłem. - Głos mi zadrżał. Przez chwilę między nami zapadła cisza, gęsta i ciężka jak dym uderzający w płuca. Wiedziałem, że obaj chcemy dobrze, ale mówimy różnymi językami on zranienia, ja troski. Ciężko było to pogodzić, a mimo to starałem się jak mogłem aby go uszczęśliwić.
<Pasterzyku? C:>