Grzecznie leżąc u jego boku, zamknąłem oczy i spróbowałem zasnąć. Oczywiście, jak zawsze, nie było to takie proste. Ciężko mi się śpi, gdy jestem aż tak podekscytowany. Myśl o jutrze nie dawała mi spokoju, chciałem pokazać, że potrafię, że naprawdę się staram. Nie dlatego, że ktoś tego ode mnie wymagał, ale dlatego, że powoli zaczynałem rozumieć, jak ważne to jest.
W końcu dorastałem. Im lepiej się uczyłem, tym bardziej czułem, że przyszłość może być w moich rękach, że kiedyś będę mógł pracować w miejscu, o którym marzę.
Chciałem zrobić wszystko, by nie zawieść mojego panicza. Skoro on poświęcił mi swój czas i uwagę, ja musiałem pokazać, że naprawdę słuchałem, że potrafię wykorzystać to, czego mnie nauczył. Że jestem wart tego, co dla mnie robi.
Myśli krążyły w mojej głowie jak szalone, ale w końcu zmęczenie wygrało z ekscytacją. Odpłynąłem powoli w sen, z tą cichą nadzieją, że jutro uda mi się wszystko tak, jak sobie zaplanowałem. Wiedziałem, że jeśli nie odpocznę, nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Obudziłem się nad ranem, co samo w sobie było małym cudem. Zazwyczaj wstawałem ostatni, spóźniony i zaspany, a czasem nawet nie docierałem na zajęcia. Tym razem jednak coś było inaczej. Miałem cel.
Dzisiaj musiałem pójść na zajęcia, dobrze napisać sprawdzian z historii i w końcu wysłać list do babci. Niby drobiazgi, ale dawały mi tyle energii, że aż trudno było po prostu leżeć bez ruchu.
Spojrzałem na mojego panicza, spał spokojnie, jego oddech był równy, ciepły. Wiedziałem, że nie musi dziś wstawać tak wcześnie jak ja, więc postanowiłem nie robić hałasu. Ostrożnie wyswobodziłem się z jego dłoni, starając się nie poruszyć materaca, i po cichu opuściłem łóżko.
W łazience przywitało mnie zimne światło poranka wpadające przez niewielkie okno. Umyłem twarz, poczułem chłód wody na policzkach, który od razu rozbudził mnie do końca. Umyłem zęby, przeczesałem włosy, włożyłem czyste ubrania i już byłem gotowy na nowy dzień.
Zanim wyszedłem, jeszcze raz zerknąłem w stronę łóżka. On wciąż spał, a ja… po raz pierwszy od dawna poczułem coś w rodzaju dumy. Może małej, ale prawdziwej.
Zanim jeszcze opuściłem pokój, musiałem ukryć swoje uszy, ogon i oczy. Nie mogłem pozwolić, by ktokolwiek zobaczył mnie takim, jakim naprawdę jestem, zbyt wiele razy widziałem w ludzkich oczach strach i niezrozumienie. Nie chciałem tego więcej doświadczać.
Dzisiaj naprawdę chciałem mu udowodnić, że wszystko, co dla mnie zrobił, miało sens. Że jego wysiłek nie poszedł na marne.
Zamykając za sobą drzwi naszego pokoju, ruszyłem w stronę szkoły...
Zajęcia jak zawsze ciągnęły się w nieskończoność. Przetrwać każde czterdzieści pięć minut to naprawdę był wyczyn. Nie dlatego, że nie rozumiałem materiału, wręcz przeciwnie. Większość tych rzeczy już dawno znałem. Wiedziałem, co z czym się łączy, znałem odpowiedzi, wzory i może nawet niektóre daty. Ale nie mogłem się do tego przyznać. Gdybym pokazał, że wcale nie jestem taki głupi, jak myślą… może zaczęliby zadawać pytania, których wolałbym nie słyszeć.
Dlatego wolałem grać swoją rolę, udawać trochę mniej bystrego, trochę bardziej zagubionego. Tak było bezpieczniej.
Kiedy nadeszła pora na sprawdzian z historii, poczułem, jak serce bije mi szybciej...
Pisałem spokojnie, uważnie, litera po literze. Nie chciałem go zawieść. Chciałem, żeby był ze mnie dumny, żeby uwierzył, że jego wysiłek nie poszedł na marne. Miałem tylko nadzieję, że niczego nie pomieszałem i że go nie zawiodę.
<Paniczu? C:>