Mocno, ale to mocno się denerwowałem, o ile tak to można delikatnie nazwać. Jak on mógł być pewien, że mnie przyjmą? W końcu, mogę się nie sprawdzić w zupełnie innych rzeczach. Co jak co, ale nigdy najlepszym aniołem nie byłem, nawet jak było mi wmawiane, że nim jestem. Skrzydła nic mogą w tej kwestii nie zmienić. W końcu, co mają zmienić, skoro nie panuję nad niczym innym?
– Chodź, musimy znaleźć kogoś, kto tu rządzi – odpowiedział, chwytając moją dłoń i delikatnie ciągnąc mnie do przodu. Uległem mu, bo czemu bym nie miał? Jemu zawsze mogę ulec.
Miejsce to było bardzo... magiczne. Jakby zatrzymane w czasie. Wyspy były duże, osadzone na gigantycznym jeziorze daleko od głównego lądu, a jakimś cudem flora i klimat były tutaj jakieś takie inne. Pomimo, że tam już pojawiała się jesień, pojawiał się zimny wiatr, tak tutaj wydawało się, jakby była wiosna. Tu pąki, tu zieleń, pojawiające się jakieś nieśmiałe kwiaty... Wyglądało na to, jakby to miejsce się rządziło się własnymi prawami, a już na pewno dawało wrażenie, że panowała tutaj wszechobecna harmonia.
Wiosek na wyspie było kilka, jak nie kilkanaście. Nie byłem pewien, czy zgoda przywódcy tej wioski sprawi, że będę mógł zostać, czy nie będziemy się musieli zgłosić gdzieś... wyżej. No ale się zaraz dowiemy. Stanęliśmy na progu domu, a Mikleo śmiało zapukał. Chciałbym mieć jego pewność siebie.
Otworzył nam wyjątkowo młody mężczyzna, ale od razu dało się wyczuć bijący od niego autorytet. Wszystko, co miał wspólnego z młodością, to wygląd.
– O, nowe twarze. Dzień dobry – powiedział, przyglądając się nam z ciekawością.
– Dzień dobry. Ja i mój przyjaciel chcielibyśmy wstąpić do tej społeczności – odpowiedział przyjaźnie Miki. Czasem zapominam, że on potrafi być aż tak uprzejmy wobec obcych. W końcu, zazwyczaj jest taki wycofany, a ja otwarty. Trochę się teraz miejscami zamieniliśmy.
– Rozumiem... proszę, wejdźcie – zaprosił nas do środka, a ja w końcu schowałem swoje skrzydła, by móc zmieścić się w drzwiach. – Wiecie, gdzie trafiliście? – zapytał, kiedy zajęliśmy miejsce przy stole.
– Na wyspy równowagi – odpowiedziałem niepewnie, bo to pytanie było... głupie. Więc miałem wrażenie, że jest podchwytliwe, i że oczywista odpowiedź nie jest wcale tak oczywista. No ale, co innego mogłoby być odpowiedzią?
– Wybaczcie za to pytanie. Nie każdy, kto tutaj trafił, jest za bardzo świadom, gdzie się znajduje – uśmiechnął się przepraszająco. – A skoro wy wiecie, to też wiecie, gdzie chcecie dołączyć. Czyli wierzycie w naszą misję, filozofię.
– Tak. I uważamy, że nie ma miejsca lepszego dla nas – tym razem odezwał się Miki.
– Zawsze w przypadku przyjęcia nowych muszę się naradzić zresztą przywódców, nim wydamy werdykt. Przez ten czas możecie się zatrzymać tutaj. Zaaklimatyzujcie się. To także jest bardzo ważne i będzie oceniane. Chodźcie, pokażę wam wasze tymczasowe miejsce, przedstawię obowiązki. Nie martwcie się za bardzo, to czysta formalność, wydajecie się w porządku – uśmiechnął się do nas uspokajająco, ale ja dalej czułem niepokój. W końcu, nie powiedział jeszcze tak, nie tak do końca, wszystko się jeszcze może zmienić.
<Owieczko? c:>