Czułem, że Sorey zdecydowanie zbyt mocno się martwi. Widać to było po jego spiętych mięśniach, po tym, jak nerwowo poruszał dłońmi i co chwilę rozglądał się wokół. Jego twarz zdradzała napięcie, którego nie potrafił ukryć. Nie byłem głupi, umiałem czytać z mowy ciała. Coś go wyraźnie trapiło, i to mocno. Wiedziałem, co to było. To miejsce. A raczej niepewność, czy na pewno nas tu przyjmą.
Postanowiłem, że porozmawiam z nim o tym później. Muszę go trochę uspokoić, sprawić, żeby przestał się aż tak przejmować. Na to jeszcze przyjdzie czas. Teraz powinniśmy się cieszyć z tego, że wreszcie tu dotarliśmy.
- Pierwsze i chyba najważniejsze pytanie - Odezwał się starszy mężczyzna, który nas tu przyprowadził, z życzliwym uśmiechem. - Chcecie mieszkać razem, czy osobno? - To było bardzo miłe z jego strony, że w ogóle o to zapytał. Pytanie proste, a jednak istotne.
- Razem. Możemy być w jednym pokoju, w jednej chatce najważniejsze żeby razem. - Odpowiedział Sorey bez chwili wahania. W jego głosie słychać było pewność, ale też ulgę. Jego energiczna reakcja lekko zaskoczyła mężczyznę, który uniósł brwi, po czym kiwnął głową ze zrozumieniem chyba widocznym rozbawieniem.
- Rozumiem. W takim razie to będzie wasz kącik na ten moment. Rozejrzyjcie się spokojnie po całej okolicy, zobaczcie, co gdzie jest i jak wszystko funkcjonuje. Zastanówcie się też, w czym moglibyście pomóc. Jutro, gdy porozmawiam z resztą, wrócę, by dać wam odpowiedź twierdzącą albo przeczącą - Powiedział z ciepłym tonem. Pokazał nam jeszcze kilka rzeczy, udzielił paru praktycznych wskazówek i pożegnał się, życząc miłego dnia.
Gdy drzwi za nim się zamknęły, w pomieszczeniu zapanowała przyjemna cisza. Spojrzałem na Soreya, wyglądał na trochę spokojniejszego.
- Bardzo tu przyjemnie, nie uważasz? - Zapytałem, siadając na miękkim łóżku. Materac był tak wygodny, że aż nie chciało się wstawać.
- Tak… naprawdę przyjemnie - Odpowiedział cicho, z lekkim uśmiechem.
Rozejrzałem się po pokoju, jasne ściany, niewielkie okno, przez które wpadały promienie zachodzącego leniwie słońca, i prosty, ale przytulny wystrój. To mogło być nasze miejsce. Może nie na zawsze, ale przynajmniej na jakiś czas.
I oby tym razem to naprawdę był nasz dom. Nie chciałem znów się przeprowadzać. Nie teraz.
Obserwowałem go przez chwilę w milczeniu, przyglądając się uważnie każdemu drgnieniu jego twarzy. Sprawiał wrażenie spokojnego, może nawet obojętnego, ale coś w jego spojrzeniu zdradzało, że to tylko maska. Widziałem, jak zaciska dłonie, jak nerwowo porusza kciukiem, jakby próbował ukryć drżenie. Świetnie udawał opanowanego, choć w rzeczywistości cały aż się trząsł ze strachu. Nie wiedziałem tylko, czy bał się odrzucenia z ich strony, czy jednak coś innego się w nim kryję.
- Wszystko w porządku? - Zapytałem w końcu cicho, przełamując napięcie. - Bo mam wrażenie, że trochę się boisz… tylko nie do końca rozumiem czego. - Położyłem dłoń na jego ramieniu, delikatnie, żeby nie spłoszyć tego kruchego spokoju, który tak usilnie starał się zachować. Uśmiechając się do niego łagodnie, aby podnieść go na duchu.
<Pasterzyku? C:>