Od Soreya CD Mikleo

sobota, 4 października 2025

|
 Myłem spokojnie naczynia w jeziorze, czując już powoli ogarniające mnie zmęczenie. Było mi tak ciepło, i błogo... wszystko, czego teraz potrzebowałem, to owinąć się kocykiem, przytulić do siebie mojego najpiękniejszego chłopaka i położyć się spać. Coś tak czułem, że zasnąłbym w sekundę. To dobrze, im szybciej zasnę, tym mniej będę myślał o jutrze, i o potencjalnych rzeczach, jakie to mogą się jutro wieczorem wydarzyć, kiedy w końcu dotrzemy na miejsce. Tak, lepiej będzie dla mnie, jak zaraz pójdę spać. Czas na stresowanie się jeszcze nadejdzie, to bez wątpienia. 
- Zupę jeszcze mamy na jutro – odpowiedział, kiedy wróciłem z czystymi miseczkami. - Akurat na rano. Zjemy i możemy wyruszać. 
- To dobrze. Nie będziemy musieli mieć później przerwy na posiłek – odpowiedziałem, po czym ziewnąłem niekontrolowanie.
- Bardzo zmęczony? - spytał cicho, jakby z taką czułością, ciepłem w głosie... do takiego tonu chyba nigdy nie przywyknę. I on dla mnie taki miły jest? Taki ciepły? Przecież to nie do pojęcia. 
- Odrobinkę. Dzisiaj znów śpimy pod gołym niebem? - spytałem, nie zauważając nigdzie namiotu. 
-Tak... jest ładna pogoda, w miarę ciepło, za dużo owadów nie ma, zatem... czemu by nie – uśmiechnął się do mnie ładnie, co sprawiło, że serce mi zmiękło. No przecież ja w tej chwili jestem dla niego zrobić wszystko. - Chodź, położysz się – dodał, a ja bez wahania wykonałem jego polecenie. 
Od razu zająłem miejsce na moim nieco twardawym posłaniu, blisko ognia, który mnie tak wspaniale grzeje, opatuliłem się kocykiem, by było mi jak najcieplej, i wyciągnąłem ręce w stronę mojego chłopaka, chcąc, by się położył obok, bym mógł się w niego wtulić, przytulić i spokojnie zasnąć. Zrozumiał moją prośbę bez słów. Zaraz się przy mnie znalazł, wtulając się w moje ciało. 
- Pięknie pachniesz – wyszeptałem, od razu przyciągając go jeszcze bliżej siebie. 
- Pachnę tak, jak zawsze – zauważył, ewidentnie rozbawiony moim przedsennym mamrotaniem. 
- Właśnie, czyli pięknie. Jesteś w ogóle w całości taki piękny, i pachnący, i idealny... nie ma istoty bardziej idealnej od ciebie – wymruczałem mu do ucha, wślizgując swoje ręce pod jego koszulkę, by móc poczuć jego aksamitną i chłodną skórę pod swoimi palcami. On zawsze był taki inny od reszty. Materialny i niematerialny jednocześnie. A te jego włosy... zachowywały się przecież jak woda. Nigdy w życiu nie widziałem takiej istoty, jak on. 
- Wcale nie – wymamrotał cicho, a ja nie byłem pewien, czy mówi tak dlatego, bo jest zawstydzony z powodu moich słów, czy może z powodu mojego dotyku. 
- Wcale tak. Jesteś najlepszym, co mi się mogło przytrafić, najcudowniejszym, co istnieje. Nie mógłbym prosić o kogoś lepszego w swoim życiu – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, opatulając go nie tylko swoim ramieniem, ale i skrzydłem, chcąc go uchronić przed całym tym złym światem. 

<Owieczko? C:>

Etykiety