Jakoś tak w gotowaniu nie czułem się najlepiej. Miałem wrażenie, że te moje kawałki są takie... krzywe, niechlujne, jakby były porąbane, nie pokrojone. Na szczęście doprawieniem zajmował się Mikleo, dlatego doskonale wiedziałem, że będzie to najpyszniejsza zupa warzywna z kładzionymi kluskami, jaka tylko mogła istnieć, no bo wszystko, co najważniejsze, robił on. Ja robiłem takie pierdoły, które wyglądały paskudnie, ale nie wpływały na smak, a on... on robił całą magię.
- Jestem bardziej niż pewien, że smakuje cudownie – odpowiedziałem, uśmiechając się szeroko. - A to wszystko dzięki tobie.
- Dzięki nam. Też miałeś tu swój wkład – zauważył, ale ja jakoś tak nie przyjąłem tego do siebie. Jak dla mnie to on najwięcej zrobił.
- Ale on nie wpływał na smak. Ja ci tylko trochę pomagałem i sprawiłem, że troszkę zaoszczędziłeś czasu i że ta zupa gorzej wygląda. No ale... jest ona tylko dla nas, więc chyba może wyglądać troszkę gorzej – uśmiechnąłem się do niego głupio, po czym w końcu wziąłem do ust łyżkę z zupą, którą mi podał. - Przepyszna – powiedziałem po chwili, jak zwykle się uśmiechając w ten swój specyficzny sposób.
- Wiesz, boli mnie to, że tak mało w siebie wierzysz – powiedział w końcu cicho, chwytając za nasze miseczki, by rozdzielić po równo tę cudowną zupę.
- Co? Nie rozumiem. Dlaczego? Przecież tu chodzi o mnie – odpowiedziałem, delikatnie przekrzywiając głowę.
- Właśnie. A ty... jesteś najważniejszą osobą w moim życiu. Widzę, że jesteś cudownym chłopakiem, uzdolnionym, wspaniałym. I kiedy tak mówisz, że się nie nadajesz, że nie potrafisz, że się wycofujesz... źle się z tym czuję. Chciałbym, żebyś zobaczył siebie takiego, jakiego ja ciebie widzę. W moich oczach jesteś wspaniały – odpowiedział, a ja wyczułem w jego głosie autentyczny smutek. Aż mi się zrobiło głupio. Nie chcę, by go to bolało... ale też nie potrafię tak nagle zmienić się z dnia na dzień. Nie po tylu latach wmawiania mi, że nie jestem wartościowym członkiem społeczności. Zawsze byłem nijaki, niepotrzebny, przerzucany od rodziny, do rodziny. Miałem tak wielu opiekunów, że żadnego nie zdążyłem dobrze poznać, nawiązać jakiejś więzi. Na szczęście Miki zawsze był w pobliżu. To dzięki nim wiele rzeczy było takich znośnych, i nie wspominam ich tak źle. Kiedy miałem Mikiego obok, miałem dosłownie wszystko.
- Przepraszam... nikt mi wcześniej nie mówił, że do czegokolwiek się nadaję. I jak teraz ty mi takie rzeczy mówisz... wiesz, trochę tak ciężko mi w to uwierzyć, zaakceptować. Zwłaszcza, że też widzę efekty swojej pracy, no to wiem, że do chociażby poziomu przeciętnego dużo mi brakuje – powiedziałem cicho, spuszczając głowę. Świetnie, jeszcze teraz sprawiam Mikiemu ból. Teraz to ja się w sumie nie dziwię, że moje związki zawsze tak krótko trwały. Może inni też mnie mieli dosyć, i dlatego zaraz się oddalaliśmy... czy mnie i Mikiego czeka to samo? Mój panie, mam nadzieję, że nie. Ja bym tego rozstania z nim nim nie przeżył. Już sama myśl o tym wprawiała mnie w paraliżujący strach. Zawsze go pragnąłem, a teraz... teraz nie mogę go stracić.
<Owieczko? C:>