Od Mikleo CD Soreya

poniedziałek, 6 października 2025

|
Po jego słowach odwróciłem głowę, by spojrzeć na niego przez ramię, i obdarzyłem go najszczerszym uśmiechem, na jaki tylko było mnie stać. Wiedziałem przecież, jak bardzo zależało mu na tym, by moje włosy były długie i piękne, jakby w nich właśnie widział cząstkę mnie, którą pragnął pielęgnować.
- Jeszcze trochę, a urosną - Powiedziałem z lekkim rozbawieniem, odruchowo przesuwając dłonią po włosach, by wyczuć ich długość. - Wtedy czesanie ich i zaplatanie warkoczy będzie już twoim obowiązkiem. Zobaczymy, jak długo ci się to nie znudzi, zanim zechcesz, żebym znowu je skrócił. - Stwierdziłem, dając mu jasne to zrozumienia, że robię to dla niego. Oczywiście sam też tego chciałem, bo w końcu gdybym nie miał ochoty zapuszczać włosów, nigdy bym tego nie zrobił, w tej chwili jednak bardzo chciałem spróbować i zobaczyć jak będę wyglądał..
- Wtedy zaopiekuję się nimi najlepiej, jak tylko potrafię - Odparł spokojnie, uśmiechając się z tą charakterystyczną dla siebie czułością. - I obiecuję, że nigdy nie będę narzekał na ich długość. - Pochylił się jeszcze raz, by złożyć delikatny pocałunek na moim czole, nim podniósł się z ziemi, gotów do drogi. - Ruszamy? - Zapytał, zerkając w stronę koca, na którym jeszcze siedziałem.
- Oczywiście, możemy ruszać - Odpowiedziałem, podnosząc się i starannie składając koc, by podać mu go do rąk.
Nie musiałem długo czekać, aż ujrzałem, jak rozpościera swoje skrzydła. Każdy ruch był w nich pewny, pełen wdzięku i nowo odkrytej siły. Czułem dumę ogromną, ciepłą falę dumy, która rozlewała się po moim sercu. Nauczył się tak szybko, mimo że wielokrotnie powtarzał, jak trudne to zadanie.
Wystarczyło trochę wiary. Trochę miłości. A to, co kiedyś wydawało się niemożliwe, stawało się rzeczywistością. On był tego najlepszym dowodem.
Wkrótce wznieśliśmy się w powietrze, lecąc ponad koronami drzew. Pod nami rozciągał się krajobraz o niezwykłej urodzie, delikatne linie architektury splatały się z naturą w harmonii, jakby sama ziemia chciała ukazać nam swoje piękne i czarujące wnętrze, którego jeszcze nie znamy.
Musiałem przyznać, że choć byłem serafinem wody i zawsze czułem się bliżej ziemi oraz strumieni, które koiły duszę, to w tej chwili latanie sprawiało mi prawdziwą radość. Powietrze pachniało wolnością, a niebo było niczym nieskończony ocean błękitu.
Mój partner leciał obok mnie z pewnością, której jeszcze niedawno mu brakowało. Jego skrzydła poruszały się płynnie, silne i piękne w ruchu, a on sam zdawał się chłonąć każdy szczegół otaczającego nas świata. Patrząc na niego, wiedziałem, że niebo naprawdę należy do nas. Przynajmniej na tą chwilę, przynajmniej do chwili której to znów nie zacznie w siebie wątpić.
Nasza podróż dobiegła końca późnym popołudniem… a może już nawet wczesnym wieczorem? Trudno było to określić. Słońce chyliło się ku horyzontowi.. 
Wiedziałem, że to właśnie ten moment, w którym dotarliśmy na miejsce.
Mój partner wyraźnie się denerwował. Jego spojrzenie błądziło po okolicy, a skrzydła poruszały się niespokojnie, jakby chciały uciec, zanim jeszcze ktoś zdążyłby je ocenić. Widziałem to w nim, strach przed odrzuceniem, przed niezrozumieniem.
Ja jednak nie czułem lęku. W głębi duszy miałem pewność, że go pokochają. Tak samo mocno, jak ja już go kochałem, bez warunków, bez wahania.
- Nie bój się - Powiedziałem cicho, kładąc dłoń na jego ramieniu, by przyciągnąć jego uwagę. - Nie masz na czole wypisane, że jesteś człowiekiem. Twoje skrzydła mówią za ciebie wskazują, że jesteś aniołem. Trzymajmy się tego, dopóki sam nie będziesz gotów powiedzieć im prawdy. - Uśmiechnąłem się lekko, chcąc, by w moim spojrzeniu zobaczył spokój, którego sam teraz potrzebował.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety