Od Mikleo CD Soreya

niedziela, 5 października 2025

|
Zauważyłem to od razu, jego piękne i potężne skrzydła, które wezwał bez najmniejszego problemu. Rozpostarły się znikąd, lśniąc w półmroku niczym płynne srebro. A więc jednak potrafi. Wystarczyło, że naprawdę tego chciał. Przez chwilę tylko patrzyłem, nie mogąc oderwać wzroku. Niesamowite. Jeszcze niedawno wzbraniał się przed nimi, jakby stanowiły ciężar, którego nie potrafi udźwignąć. Teraz wyglądał tak, jakby wreszcie zrozumiał, co zrobić i o czym myśleć aby przywołać swoje skrzydła bez słowa.
Uśmiechnąłem się pod nosem, czując, jak ciepło rozlewa mi się po piersi. Wreszcie zaakceptował to, kim jest. Wreszcie akceptuję że jest w połowie aniołem a w połowie człowiekiem, a przynajmniej na to wskazuje tak proste wzywanie skrzydeł. Wreszcie pozwolił sobie być sobą.
On natychmiast dostrzegł mój uśmiech i uniósł brew w charakterystyczny sposób, pytająco, jakby chciał wiedzieć, co takiego mnie rozbawiło.
- Nareszcie udało ci się wezwać skrzydła bez słów - Powiedziałem, nie kryjąc dumy. - Wygląda na to, że zaczynasz się z nimi oswajać. A przecież mówiłem, że jesteś mądrzejszy, niż ci się wydaje. - Jego spojrzenie złagodniało. Zrobił krok w moją stronę, a potem, niespodziewanie, ale z czułością, pochylił się i musnął moje czoło krótkim pocałunkiem.
- To wszystko dzięki tobie - Wyszeptał. - Jesteś moim promykiem, który daje mi energię i siłę każdego dnia. - Zaśmiałem się cicho, kręcąc głową.
- Zdecydowanie za bardzo mnie idealizujesz - Odparłem, choć gdzieś głęboko w środku poczułem coś ciepłego, coś czego zdecydowanie nie chciałem zgasić, radość rozlewająca się po moim ciele bardzo mi odpowiadała, mimo wszystko lubiłem kiedy mnie docenią, w końcówce w moim życiu tylko on to robił. - Ale jeśli to ma cię wzmacniać, nie będę protestować. - Skrzydła poruszyły się lekko, jakby odpowiadały na nasze słowa. I wtedy zrozumiałem, że naprawdę zaczyna być sobą, nie tylko dzięki mocom, ale dlatego, że wreszcie uwierzył.
Mój partner zaśmiał się cicho, nic już jednak nie mówiąc. Po prostu przytulił mnie mocniej, o ile w ogóle dało się mocniej, jakby chciał zatrzymać tę chwilę na dłużej. Czułem, jak jego oddech powoli się uspokaja, jak z każdą sekundą coraz głębiej pogrąża się w sen.
Wkrótce i ja pozwoliłem sobie odpłynąć. Otulony jego ramionami, czułem ciepło, bezpieczeństwo i spokój, którego tak bardzo potrzebowałem. Wreszcie mogłem zamknąć oczy i poddać się ciszy, dryfując w stronę krainy Morfeusza tam, gdzie nic nas już nie mogło rozdzielić.
Tego dnia to mój partner obudził mnie jako pierwszy, a to już samo w sobie było czymś niezwykłym. Zazwyczaj to Sorey spał najdłużej. Lubił spać, nie śpieszył się z wstawaniem, a poranki były dla niego świętością. Tym razem jednak wszystko wyglądało inaczej. Obudził się wcześniej, zdążył przygotować śniadanie, umyć się, przebrać w czyste ubrania i wyglądał na gotowego do drogi… podczas gdy ja dopiero co otworzyłem oczy.
- Wiesz, trochę mnie dzisiaj zaskakujesz - Powiedziałem z lekkim uśmiechem, przeciągając się leniwie. - Obudziłeś się pierwszy, zrobiłeś śniadanie, ogarnąłeś się i już jesteś gotowy do podróży, kiedy ja jeszcze próbuję zrozumieć, że to w ogóle poranek. To do ciebie zupełnie niepodobne. Czy coś się stało? A może to jakiś dzień dobroci dla mnie? Bo jeśli tak, to chciałbym wiedzieć, co się za tym kryje. - Zaśmiałem się cicho, obserwując jego energię i zaskakująco dobry humor. Coś w jego zachowaniu nie pasowało do rutyny, którą znałem i właśnie to sprawiło, że bardzo mnie tym zaskakiwał.

<Pasterzyku? C:> 

Etykiety