Pomyślałem chwilę jeszcze nie odpowiadając, nie do końca będąc pewnym czy powinienem się w ogóle na to zgodzić, bo i po co?..
- Miki wiesz, że to nie byłby taki zły pomysł. Możemy się przejść, obejrzeć to i owo, ale nic nie kupować. Przynajmniej nie teraz. - Sorey mówił z lekkim błyskiem w oku, jakby już układał w głowie plan przyszłych zakupów. - Jak już zarobimy trochę pieniędzy i będziemy pewni, że nikt nas stąd za kilka dni nie wyrzuci, wtedy będziemy mogli coś pozmieniać. Wtedy… naprawdę będziemy mogli się tu rozgościć. - Mówił dalej za wszelką cenę chcą mnie przekonać do swojego pomysłu.
- Dobrze, zrobimy, jak uważasz. - Skinąłem głową z lekkim uśmiechem. - Pójdziemy po śniadaniu na miasto, zobaczymy, co ciekawego można by kiedyś kupić, ale pamiętaj, dziś niczego nie bierzemy. To jeszcze nie jest odpowiedni moment. - Wyjaśniłem, od razu go stosując, aby przypadkiem sobie za bardzo się nie nakręcił.
- Super! Dziękuję bardzo! - Zawołał Sorey z radością, po czym, nie kryjąc ekscytacji, musnął pocałunkiem mój policzek.
- Daj mi chwilę, zrobię nam śniadanie i zaraz wychodzimy. - Uspokoiłem go lekko, wracając do kuchni, by dokończyć to, co wcześniej zacząłem.
Na szczęście śniadanie było już w połowie gotowe. Wystarczyło tylko doprawić, ułożyć i można było podawać. Przygotowałem porządne kanapki z tym, co mieliśmy pod ręką, trochę warzyw, sera i ziół. Nic wyszukanego, ale pachniało domowo, a przede wszystkim było pożywne. Najważniejsze, że nie zawierało niczego, czego Sorey nie mógłby tknąć, to znaczy mięsa którego z jakiegoś powodu po prostu nie jadł
- I gotowe. Smacznego. - Podałem talerz i spojrzałem na niego z zadowoleniem.
- Dziękuję. Nawzajem. - Odparł z uśmiechem i od razu zabrał się do jedzenia. Był wyraźnie głodny, co w jego przypadku zawsze mnie bawiło, potrafił jeść z taką pasją, jakby każdy kęs był wyjątkowym przeżyciem. Nie dałem jednak po sobie poznać rozbawienia. Po prostu usiadłem naprzeciwko i spokojnie zabrałem się do swojego posiłku.
Śniadanie minęło w przyjemnym, cichym rytmie. Nie potrzebowaliśmy słów, wystarczyła obecność drugiej osoby przy stole, zapach gorącej herbaty i ciepło poranka wpadającego przez okno. Tylko tyle, a jednak aż tyle.
- To co, idziemy? - Zapytał Sorey, odkładając pusty talerz i spoglądając na mnie z tym swoim niecierpliwym błyskiem w oczach.
- Jasne, chodźmy, póki jeszcze jest ciepło i przyjemnie na dworze. - Odpowiedziałem, wstając i zbierając naczynia do zlewu. – Resztę ogarniemy później. - Sorey zaśmiał się cicho, wstał, poprawił lekko włosy i podszedł do drzwi. W jego ruchach było coś lekkiego, jakby cała ta zwyczajna codzienność naprawdę sprawiała mu radość.
Spojrzałem jeszcze raz na kuchnie, na talerze, na stół, na dwa kubki z parującą herbatą i pomyślałem, że może faktycznie, krok po kroku, zaczynamy tworzyć tu coś, co można nazwać domem, naszym domem pasującym do naszych osobowości.
Ruszyłem za nim trzymając mocno jego dłoń. Tak, mieliśmy zachowywać się normalnie i w sumie tak też robiliśmy, tylko to trzymanie za rękę mogłobyć dla innych dość niesmaczne, mam jednak to nie przeszkadzało, nie robiliśmy nic złego przynajmniej nie tym.
- To jakie kolory widzisz w naszym domu? - Zapytał z ekscytacją Sorey.
- Może zieleń z bielą i odrobiną białego? - Zaproponowałem, już widząc w wyobraźni sypialnię w takim pięknym kolorze.
<Pasterzyku? C:>