Od Daisuke CD Haru

wtorek, 28 października 2025

|
 Jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w czekoladę, którą mi przyniósł, bym zrozumiał, że on jej nie zabierze. Tak więc albo ją wypiję, albo te całe pyszności się zmarnują. Tylko po tym wszystkim będę musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie. Jakieś ćwiczenia, które utrzymają mnie w formie. W końcu, tak się umawialiśmy, że będę jeść, ale jednocześnie także ćwiczyć. Tylko, moje ulubione bieganie w tej chwili trochę odpadało. Mimo, że doskonale wiedziałem, że dam sobie radę z każdym przeciwnikiem, że teraz nie będę się wahał, wolę unikać takich... nie do końca przyjaznych terenów. Mam jeszcze do dyspozycji siłownię, ale czy ja chcę przy tych wszystkich gapiach ćwiczyć? Średnio mi się to uśmiecha. Może powinienem więc wykupić na czas mojej edukacji własną siłownię? 
Albo ćwiczyć tutaj, w pokoju. Miejsca na takie proste ćwiczenia trochę tu jest; na rozciąganie, brzuszki, pompki... super mięśni na tym nie zbuduję, ale to w moim przypadku jest chyba awykonalne. Na szczęście takie błahostki wystarczą, by utrzymać linię. 
– Muszę sobie sprawić matę – mruknąłem do siebie, biorąc pierwszy łyk tej grzesznej pyszności. Czasem, jak coś mówię na głos, prędzej mi to się zapisze w głowie. 
– Matę? – powtórzył Haru, chyba nie do końca mnie rozumiejąc. 
– Matę. Do ćwiczeń. By na bieżąco spalać te wszystkie pyszności, które przygotowujesz dla mnie mam wrażenie specjalnie – wyjaśniłem, delikatnie rozluźniając swoje mięśnie, starając się zmusić do relaksu, a nie do obsesyjnego myślenia, jak gruby zaraz będę. Bo nie będę. Poruszam się, i spalę. Ile taka czekolada mogła mieć kalorii...? Sądząc po smaku, nie żałował niczego, ale też jednocześnie nie przesadził. To było fascynujące. Jak on to robił? To na pewno jest swego rodzaju jakiś talent, którego mu nawet zazdroszczę. To było coś pożytecznego, coś, co zawsze wykorzysta. A ja? Bez moich mocy, bez nazwiska, byłbym nikim. Zabrać mi to... i nie istnieję. Dosłownie. 
– Wiesz, że są też inne sposoby na spalanie kalorii? – wyszczerzył się głupio, tuląc mnie do siebie. – Biorąc pod uwagę, ile się dzisiaj ruszaliśmy, zrobiłeś sobie miejsce na jeszcze trzy takie czekolady. 
– Nie, jeżeli weźmie się pod uwagę nasz obiad – westchnąłem ciężko, szybko w głowie przeliczając, ile zjadłem. A zjadłem... cóż, sporo. Możliwe nawet, że troszkę się zapomniałem... ale cóż mogę poradzić, uwielbiałem owoce morza. I takie zwykłe owoce w sumie też. 
– Jestem całkiem pewien, że nawet o obiad się nie musisz martwić. A jeżeli nie czujesz się przekonany, zawsze możemy cię upewnić – na te słowa zaśmiałem się cicho, lekko kręcąc głową. Nawet jeżeli żartował, by poprawić mi humor, z pewnością gdybym chciał coś zainicjować, byłby bardziej niż chętny. Czasem miałem wrażenie, że jego apetyt jest wręcz niepohamowany, i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się ujrzeć koniec, pełne spełnienie. Czy gdybym był czystej krwi byłbym lepszy? Niewykluczone? Teraz jednak tylko mogę gdybać. Ciekawe, co takiego tata widział w ludzkiej kobiecie, że to właśnie z nią chciał ułożyć swoje życie. 
– Na razie jestem czysty i pachnący. Kiedy jednak będę planował poćwiczyć zastanowię się, czy może cię nie zaprosić do pomocy – odpowiedziałem z delikatnym uśmiechem, przyglądając się jego twarzy z taką uwagą, jakbym widział go po raz pierwszy. Chłonąłem każdy szczegół, znamię, drobne zmarszczki mimiczne, delikatne drganie mięśni, kształt ust. W ten sposób jeszcze mu się nie przykładem. Pierwsze, co zawsze przyciągało mój wzrok, to jego oczy, które są prześliczne. Tak unikatowy, czysty kolor... jestem niemalże pewien, że nikt nie ma takich samych tęczówek, nie licząc jego rodziny. – Ale muszę ci przyznać, czekolada wyszła ci fenomenalnie. Wszystkiego jest dużo, ale z niczym nie przesadziłeś, i wszystko się łączy. Wspaniały talent. Masz się czym pochwalić – odpowiedziałem, skupiając się na zawartości swojego kubka. 

<Wilczku? c:>

Etykiety