Od Mikleo CD Soreya

sobota, 25 października 2025

|
 Gdy tylko usłyszałem pytanie mojego partnera, szturchnąłem go lekko w ramię i pokręciłem głową, dając mu niemy znak, żeby jednak nie zadawał takich pytań.
Nie teraz, nie w tej chwili. Nawet jeśli zrobiliśmy coś niewłaściwego, choć wcale tak nie uważałem, to nie było sensu podsuwać im czegokolwiek pod nos.
- No co? - Burknął w moją stronę, wyraźnie niezadowolony z powodu mojego szturchnięcia.
- Nie zrobiliście nic złego - Odpowiedziała spokojnie kobieta o rudych włosach. - Po prostu chcemy was poznać. Dowiedzieć się, co was tu sprowadza. Jesteście młodzi… gdzie wasza rodzina? Opiekunowie? Jesteście w ogóle pełnoletni? - Te pytania wcale mi się nie podobały. Kogo to właściwie obchodzi, ile mamy lat i gdzie są nasi opiekunowie? Byliśmy wystarczająco dorośli, by odpowiadać za siebie. Ja miałem już dziewiętnaście lat, a Sorey niedługo kończył osiemnaście.
Zresztą i tak nikt nigdy nie zwracał na nas większej uwagi, przyzwyczailiśmy się do tego.
- Naprawdę? - W głosie Soreya dało się słyszeć nutę zaskoczenia, ale i ulgi, która w jakiś sposób udzieliła się też mnie. - Jestem Sorey, a to mój przyjaciel, Mikleo. Jesteśmy wystarczająco dorośli, by nie potrzebować opiekunów. Wyruszyliśmy w podróż, bo chcieliśmy odkryć coś nowego… znaleźć swoje miejsce. Takie, w którym poczujemy się jak w domu - Wyjaśnił spokojnie, jak zawsze przejmując inicjatywę w rozmowie.
Znał mnie dobrze. Wiedział, że rzadko się odzywam i wolę słuchać, niż mówić. On był tym odważniejszym, spontanicznym, ja bardziej rozważnym i ostrożnym.
Może właśnie dlatego tak dobrze się dogadywaliśmy, równoważyliśmy się nawzajem. Choć trzeba przyznać, że to on najczęściej wpadał w kłopoty… a ja byłem tym, który musiał go z nich wyciągać.
- Tak? Nie wyglądacie na szczególnie dorosłych. Chcecie mi powiedzieć, że wasi rodzice pozwolili wam samej opuścić wioskę, w której mieszkaliście? - Kobieta pytała dalej, choć właściwie to pytanie niewiele miało wspólnego z tym, po co tu przybyliśmy.
- Jesteśmy pełnoletni - Wypalił Sorey. - Oboje nie mamy rodziny, więc raczej nikt nie będzie za nami tęsknił.
Prawie owinęło mnie ciemne pragnienie, żeby go udusić. Nigdy nie mówi się czegoś takiego na głos. Nieświadome słowa mogą przyciągnąć kłopoty, ktoś mógłby nas skrzywdzić, bo „nikt nas nie będzie szukać”. Mimo pozornego spokoju tego miasta, uprzejmego, schludnego, bezpiecznego, miałem złe przeczucie. Wciąż ich nie znaliśmy; otwieranie się przed obcymi jak na dłoni nie wydawało mi się rozsądne. Lepiej było trzymać pewne rzeczy dla siebie.
- Rozumiem - Kobieta skłoniła głowę i kiwnęła do reszty, po czym przez chwilę rozmawiali cicho między sobą. W ich wymianie zdań wyczuwałem ocenę: czy możemy tu zostać, czy jesteśmy warci zaufania.
Stałem przyciszony, obserwując ich uważnie. Sorey rzucił mi znaczące spojrzenie, jego odwaga i porywczość zwykle wychodziły na wierzch, ale w tej sytuacji wolałem ostrożność. Nie chciałem, żeby nasza podróż skończyła się zanim się naprawdę zaczęła.
Starszyzna zadała nam jeszcze kilka pytań, po czym oświadczyła, że na razie możemy tu zostać, pod warunkiem, że nie sprawimy kłopotów i nie będziemy robić niczego złego. Mimo to będą nas obserwować, tak jak innych nowych mieszkańców.
- Możecie odejść. Spędźcie ten dzień spokojnie, niczym się już nie stresujcie. Rozpakujcie się… i witamy w nowym domu - Powiedziała starszyzna, uśmiechając się łagodnie.
Skinąłem głową, a razem z Soreyem odwróciliśmy się, by opuścić salę. Budynek, w którym odbywało się spotkanie, był naprawdę imponujący, wysoki, przestronny, ozdobiony misternymi rzeźbieniami i lśniącymi zdobieniami na ścianach. Wszystko wokół wydawało się aż nienaturalnie doskonałe, jakby ktoś chciał ukryć pod tą piękną fasadą coś więcej.
- Nie było aż tak źle co? - Zapytałem, starając się rozluźnić, chodź gdzieś tam w środku bałem się i nie czułem do końca pewności, czy oby na pewno wszystko będzie dobrze.

<Pasterzyku? C:>

Etykiety