Od Mikleo CD Soreya

środa, 15 października 2025

|
Rozbawiony jego słowami i zachowaniem, pokręciłem głową, podpływając bliżej, gdy tylko wskoczył do wody. Krople rozprysnęły się wokół, a jego śmiech odbił się echem od spokojnej tafli jeziora.
- Sądzisz, że sobie nie zasłużyłem, tak? - Zapytałem, wciąż z uśmiechem, kładąc dłonie na jego ramionach.
- Cóż, nie zrobiłeś nic, czym mógłbyś zasłużyć - Odparł z udawaną powagą, choć w jego oczach błyszczały iskierki rozbawienia.
Parsknąłem śmiechem. A więc tak to widzi? Dobrze wiedzieć, że muszę zapracować, na przywilej oglądania jego nagiego torsu. Zobaczymy, jak szybko sytuacja się odwróci, kiedy to on będzie musiał zasłużyć.
- Tak? Hmm... w takim razie będę musiał się poprawić - Odpowiedziałem z udawaną zadumą, doskonale wiedząc, co miał na myśli. W tej chwili jednak nie mogłem zrobić nic więcej, poza tym, że objąłem go mocniej, wtulając się w jego mokre ciało.
- Popraw się, a może zasłużysz - Szepnął, po czym złączył nasze usta w pocałunku. Nie byłem mu dłużny, pogłębiłem go z wdzięcznością i rozbawieniem, korzystając z faktu, że byliśmy tu zupełnie sami. Oczywiście nic złego nie mieliśmy zamiaru robić, broń Boże, po prostu cieszyliśmy się sobą, chwilą i ciszą wokół.
Pływaliśmy jeszcze przez dłuższą chwilę, jak dzieci zapominające o całym świecie. Woda była ciepła, słońce leniwie przesuwało się po niebie, a wszystkie ostatnie problemy wydawały się odległe, prawie nierealne.
W końcu westchnąłem, przerywając beztroską zabawę.
- Powinniśmy już wyjść. Mieliśmy przecież trochę pozwiedzać okolicę, a jak na razie zachowujemy się jak para dzieci w kąpieli. - Odparłem rozbawiony.
- Już? - Zapytał z lekkim żalem, ale widząc moją minę, chwycił mnie za dłoń i pociągnął w stronę brzegu. - To co, wysuszysz mnie teraz? - Rzucił z niewinnym uśmiechem, który aż prosił się o odpowiedź.
- Oczywiście, tak jak obiecałem - Mruknąłem z udawaną powagą. Machnąłem dłonią i już po chwili obaj byliśmy zupełnie suchutcy, gotowi wyruszyć w dalszą drogę.
Miasteczko, do którego dotarliśmy, okazało się naprawdę urocze, wąskie uliczki, bielone mury, zapach świeżego pieczywa unoszący się w powietrzu. Spacerowaliśmy powoli, podziwiając widoki, aż w końcu zaczęło mnie niepokoić jedno.
Każdy, dosłownie każdy, kogo mijaliśmy, zerkał na nas. A właściwie nie na nas, tylko na niego. Czułem na sobie ich spojrzenia i szeptane komentarze, choć on zdawał się tego zupełnie nie zauważać.
Było w tym coś dziwnie znajomego, jakby ludzie... go rozpoznawali. Ale to przecież niemożliwe. Czyżby? Może tylko sobie coś wmawiam, w końcu ostatnio mam tendencję do nadinterpretowania rzeczywistości. A jednak... coś w ich oczach mówiło mi, że to nie przypadek. Coś tu ewidentnie było nie tak..
Sorey zauważył moje spojrzenie. Dostrzegł niepewność, która musiała wymalować się na mojej twarzy, bo zaraz zwrócił na mnie całą swoją uwagę.
- Wszystko w porządku? Coś cię trapi? Martwi? - Zapytał, przekręcając lekko głowę w bok. Wyglądał przy tym tak rozbrajająco uroczo, że przez chwilę naprawdę przypominał mi ciekawskiego szczeniaka, który wpatruje się w swojego opiekuna z bezgranicznym zaufaniem.
- Nie, nic takiego - Odparłem po chwili, choć zabrzmiało to mniej przekonująco, niżbym chciał. - Po prostu... nie rozumiem niektórych zachowań ludzi. Wciąż muszę się dużo nauczyć. - Nie kłamałem. Naprawdę nie rozumiałem tego, co widziałem. Ci ludzie, ich spojrzenia, szeptane między sobą słowa, drobne gesty, wszystko to zdawało się skupiać nie na nas, a na nim. Na Soreyu. Czułem, jakby każdy, kto nas mijał, przez moment zastanawiał się, czy to naprawdę on.
A on? On niczego nie zauważał. I to było naprawdę dziwne..

<Pasterzyku? C;> 

Etykiety