Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Przecież sam mówił, że strażnicy równowagi będą dla nas najlepszym wyborem. Nie są przeciwko ani magii, ani ludzkości, to znaczy, że nie powinno im przeszkadzać, kim jest. A przynajmniej tak to rozumiałem. Dlaczego więc teraz tak bardzo się boi?
Nie wiem. Nie rozumiem. I choć naprawdę chciałbym pojąć, co dzieje się w jego głowie, chyba po prostu nie jestem w stanie. To wszystko jest zbyt skomplikowane. Całe życie myślałem, że jestem bystry, że potrafię zrozumieć więcej niż inni w moim wieku. A jednak teraz czuję się jak dziecko we mgle.
- Zaczekaj - Powiedziałem w końcu. - Czy to nie ty mówiłeś, że to najlepszy wybór? Że właśnie tutaj akceptują takich jak ty… i takich jak ja? Przecież sam wybrałeś to miejsce jako ucieczkę od naszego dawnego świata/ życia. Skoro nie uważają, że ludzie są lepsi od istot magicznych, to znaczy, że dla nich każdy jest równy. A to przecież najważniejsze. - Zawiesiłem głos, szukając w jego oczach odpowiedzi, której pewnie i tak nie potrafił mi dać. Coś w nim drżało, może strach, może żal, a może wspomnienie czegoś, o czym nie chciał mówić.
Sorey westchnął cicho, jakby próbował znaleźć odpowiedź logiczną, krótką, a jednocześnie wystarczająco mądrą, żebym ją zrozumiał.
- Oczywiście, że to ja chciałem tu przyjść - Powiedział w końcu. - I tak, twierdziłem, że to najbezpieczniejsze miejsce dla nas obu. Ale wtedy… nie wiedziałem jeszcze, że jestem człowiekiem. Przecież dla nich ludzie to zło, prawda? A skoro są źli… to znaczy, że nie są akceptowani. - Jego głos był ledwo słyszalny, niemal szept, jakby bał się, że ktoś mógłby nas podsłuchać.
- Wiesz, na czym polega problem? - Zapytałem spokojnie, choć czułem, jak we mnie narasta napięcie. - Ja nigdzie nie widziałem, żeby to było napisane. Nie ma żadnych zasad, które mówiłyby, że ludzie nie mogą tu być. Nikt nie powiedział, że są gorsi. To nie jest nasz dawny dom, gdzie oceniano, kto jest silniejszy, a kto słabszy. Tutaj… czuję, że możemy żyć tak, jak chcemy. Może tylko na początku będziemy musieli ukrywać, że jesteśmy razem. - Zawahałem się na moment. - Możemy być sobą, kiedy jesteśmy sami. Ale przy innych… po prostu bądźmy ostrożni. Nie dlatego, że się wstydzę, tylko… nie chcę nikogo prowokować. Zawsze mnie drażniło, gdy ludzie obściskiwali się na środku drogi. To we mnie budziło pewien niesmak. Może dlatego sam nigdy nie potrafiłbym robić takich rzeczy publicznie. -Spojrzałem na niego, mając nadzieję, że zrozumie, co naprawdę chciałem mu powiedzieć, że nie chodzi o wstyd, tylko o bezpieczeństwo.
Mój partner zaśmiał się cicho po moich słowach, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- A o to się nie martw - Powiedział z lekkością, która od razu rozproszyła napięcie. - Nie będziemy się z tym obnosić. Nie w miejscach publicznych. - Uśmiechnął się szerzej, a w jego oczach pojawiło się znajome ciepło, to, które zawsze potrafiło mnie uspokoić.
- I widzisz? - Odparłem z lekkim uśmiechem. - Od razu lepiej wyglądasz, kiedy się uśmiechasz. - Na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia, a ja poczułem, jak napięcie wreszcie znika z powietrza między nami. W tej chwili niczego więcej już nie potrzebując..
<Pasterzyku? C:>