Nie potrafiłem pojąć jego podejścia. Dlaczego uparcie twierdził, że wszystko popsuje? Przecież mogłem mu krok po kroku wyjaśnić, co powinien zrobić, jak ułożyć dłonie, jak prowadzić nóż, aby uniknąć błędów. Wystarczyłoby, żeby zaufał moim wskazówkom. Ale on zamiast tego kurczowo trzymał się przekonania, że nie nadaje się do niczego, że zawiedzie, że nie sprosta. Ta jego wieczna niepewność bolała mnie bardziej, niż mógłby się spodziewać. Wiedziałem, że ma w sobie ogromny potencjał, wystarczyło go tylko wydobyć. Problemem nie była jego nieumiejętność, lecz brak wiary w samego siebie. Zdecydowanie musiałem nad tym popracować.
- Chcesz mi powiedzieć, że jestem złym nauczycielem? - Zapytałem, podając mu niewielką drewnianą belkę, która miała pełnić rolę deski do krojenia. Położyłem na niej kilka warzyw które miały trafić do garnka.
- Co? Nie! - Zareagował natychmiast, aż nazbyt gwałtownie. - Absolutnie nie… Po prostu to ja jestem słabym uczniem. - Odwrócił to w taki sposób, abym nie mógł zaprzeczyć. Sprytne zagranie. Ale nie mogłem się z nim zgodzić. To nie on był słabym uczniem, to jego własne wątpliwości wiązały mu ręce. Umiejętności miał więcej, niż sam przypuszczał.
- Takie głupoty możesz opowiadać sam sobie, ale nie mnie - Mruknąłem, łapiąc jego dłonie i wkładając w nie nóż. - A teraz, do roboty. Warzywa same się nie pokroją. Rób grubsze plasterki i postaraj się, żeby były równe. Nie muszą być idealne, wystarczy, że będą do siebie podobne. - Przez chwilę milczał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, lecz ostatecznie westchnął i zabrał się do pracy. Widział chyba, że dalsza dyskusja nie miała sensu. Ja zaś skierowałem swoją uwagę z powrotem na wywar, który bulgotał cicho w garnku. Para unosiła się ku górze, niosąc ze sobą zapach przypraw, mieszankę znalezionych podczas podróży przypraw.
Kątem oka obserwowałem go przy pracy. Trzymał nóż niepewnie, jakby bał się, że ostrze w każdej chwili może wymknąć się spod kontroli. Ale z każdym kolejnym ruchem nabierał pewności. Warzywa układały się na desce w coraz bardziej równych plasterkach. Jeszcze trochę, a sam dostrzeże różnicę.
Wiedziałem, że sobie poradzi. Czy mu się to podobało, czy nie, musiał zrobić ten krok. A ja musiałem pozwolić mu przejść przez to doświadczenie, nawet jeśli oznaczało to kilka niezgrabnych cięć i nierówne kawałki.
Tak oto, powoli i uparcie, przygotowywaliśmy posiłek. Jeszcze nie wiedziałem, czy będzie naprawdę pyszny, nie spróbowaliśmy ani kęsa, ale znałem nasze możliwości i byłem niemal pewien, że efekt końcowy nas zadowoli. W końcu gotowanie to nie tylko kwestia smaku, ale i serca włożonego w każdy ruch.
Kiedy danie spokojnie dochodziło, wyjąłem dwie szklanki i przygotowałem herbatę. Jedną przekazując mojemu partnerowi a drugą pozostawiając w swoich dłoniach.
- No i gotowe - Odezwałem się w chwili, gdy zupa zaczęła cicho bulgotać. Aromaty unoszące się z garnka były dowodem, że nasza praca nie poszła na marne. To nie była bogata porcja pożywienia, ale była nasza, prosta i czułem że dobra mimo że jeszcze nie spróbowałem. - Spróbuj - Poleciłem, podając mu łyżkę z znajdującą się na niej zupą.
<Pasterzyku? C:>