Czekałem cierpliwie na mojego panicza, który wrócił do mnie po kilku minutach. Wreszcie mogliśmy ruszyć z powrotem do pokoju. W jego ruchach było coś z pośpiechu, jakby zimno ścigało go aż do drzwi. Czułem, jak drży; chłód wgryzł się w jego ciało, przesiąkł aż do kości. Wiedziałem, że gdy tylko przekroczymy próg, pierwsze co zrobi, to zanurzy się w gorącej kąpieli, a potem zakopie głęboko pod kołdrą, szukając ciepła, które zdążyło z niego ulecieć.
- Ależ zimno się zrobiło - Mruknął, bardziej przysuwając się do mnie. W jego głosie brzmiała lekka nuta rozdrażnienia, jakby sam był zły na siebie, że dał się temu chłodowi zaskoczyć. Przylgnął do mnie nieco mocniej, jakby chciał ogrzać się moim ciepłem którego, w przeciwieństwie do niego, miałem aż nadto.
- Naprawdę? Nie zauważyłem - Odparłem z udawanym zdziwieniem, a na mojej twarzy pojawił się głupkowaty uśmiech. W końcu mnie zimno nie przeszkadza. Musiałbym spędzić długie godziny w mrozie, by poczuć cokolwiek. Teraz tylko obserwowałem, jak jego oddech zamienia się w krótkie obłoczki pary i jak dłonie, mimo że zziębnięte, wciąż próbują znaleźć oparcie na moim ramieniu.
W tej chwili różnica między nami była niemal namacalna on, kruchy i ludzki, i ja, odporny, zbyt odporny na takie rzeczy jak zimno. A jednak to właśnie ta jego delikatność sprawiała, że chciałem go chronić jeszcze bardziej.
- Jakoś mnie to wcale nie zaskakuje. Chciałbym nie czuć zimna tak jak ty - Powiedział, z lekkim uśmiechem, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta zazdrości. - To musi być naprawdę przyjemne uczucie. - Słowa te na chwilę mnie zastanowiły. Czy rzeczywiście było to takie przyjemne? Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałem. Może faktycznie dobrze jest czasem poczuć chłód na skórze, to lekkie drżenie, które przypomina, że się żyje. Ja oczywiście potrafiłem rozróżnić, kiedy jest zimno, a kiedy ciepło, ale nie odczuwałem tego tak jak on. Zimno mnie nie dotykało, nie przenikało, nie sprawiało dyskomfortu. Jedynie nadmiar ciepła potrafił mnie zmęczyć, gorące pomieszczenia, duszne noce, te rzeczy były mi bardziej dokuczliwe.
To wszystko przez moje wilcze „ja”. Część mnie, której nie sposób się pozbyć, i która od zawsze trzymała mnie na granicy między światem ludzi a tym, co dzikie. Dla mnie chłód był jak powietrze, naturalny, obojętny. Dla niego zaś był czymś, z czym trzeba walczyć, przed czym trzeba się chronić.
Gdy tylko dotarliśmy do pokoju, tak jak przypuszczałem, mój panicz od razu ruszył do łazienki. Słyszałem, jak odkręca kran, a po chwili po całym pomieszczeniu rozszedł się dźwięk pluskającej wody. Wcale się mu nie dziwiłem, gdybym odczuwał zimno tak jak on, pewnie też popędziłbym do gorącej kąpieli, by rozgrzać zmarznięte ciało.
Ja jednak zamiast iść się kąpać, postanowiłem po prostu położyć się na łóżku. Materac ugiął się lekko pod moim ciężarem, a miękka pościel przyjemnie otuliła moje plecy. W ciszy słychać było jedynie jednostajny szum wody zza drzwi łazienki, który działał niemal kojąco.
Wiedziałem, że leżenie tuż po posiłku nie było najzdrowsze, podobno mogło prowadzić do ociężałości, a nawet do tycia. Uśmiechnąłem się pod nosem na samą myśl. Mnie akurat to nie groziło. Gdyby było inaczej, już dawno powinienem wyglądać jak dobrze wykarmiony pies domowy, a nie jak... cóż, to, czym naprawdę byłem.
<Paniczu? C:>