Od Soreya CD Mikleo

niedziela, 14 września 2025

|
 Trochę jeszcze czułem się... dziwnie. Jakby dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki ciężar miałem na plecach. I że mam to przedłużenie ciała w postaci skrzydeł. Jak ja tym miałem sterować? Jak to działa? Jak to schować? Co mam z tym zrobić? Jak ja w ogóle je przywołałem? Tyle pytań, a zero odpowiedzi. Już lekko zacząłem panikować, obawiając się... sam nie wiem, czego, ale czegoś na pewno. One były takie ciężkie, przecież jak ja kogoś nimi walnę, to zabić mogę. 
- Chyba... chyba tak. Ale ja nie wiem, jak mam ich używać – powiedziałem spanikowany, rozglądając się dookoła. Ludzie gapili się na mnie, a ja poczułem coraz to większy strach. Jak zobaczą, że nie panuję nad sobą... sama myśl o tym sprawiała, że drżały mi ręce. 
- Spokojnie, ogarniemy to. Teraz, jak już są obudzone, będzie tylko łatwiej. No już, wdech i wydech – położył dłonie na moich policzkach, co sprawiło, że trochę tak skupiłem się bardziej na Mikleo, niż na tych ludziach wokół. - Wszystko będzie dobrze, tak? Myśl o tym, że chcesz je schować. To wystarczy – obiecał, a ja chwyciłem się jego słów jak kotwicy. Skupiłem się na jego głosie, na jego obecności, i jakoś tak powoli ten ciężar z moich pleców zniknął. Szkoda, że oszołomienie pozostało. - Chodź, wracajmy do pokoju, nie ma co tutaj stać i rozmawiać – poprosił, chwytając mnie za dłoń i prowadząc przez uliczki. Dobrze, że tu był, że zachował zimną krew, bo ja... tak chyba nie do końca wiem, co się wydarzyło. Pamiętam moment, w którym zauważyłem błysk ostrza, i... i nic. I nie wiem, co dalej. Dużo złości, i mgła, i to aż do leczenia rany, bo wtedy mnie to zaczęło boleć, no ale też nie potrafiłem wtedy stwierdzić, gdzie mnie bolało. Gdyby mi Miki nie powiedział o tych skrzydłach, to ja się przecież bym nie zorientował, dopóki bym albo nimi w o coś nie walnął, albo w kogoś. 
Usiadłem ciężko na łóżku, jeszcze cały taki oszołomiony, otępiały, a Miki? Był przeszczęśliwy, czego nie rozumiałem. Z czego on się tak cieszył? Przecież ja ich w tej chwili nie przywołam. Ledwo je ukryłem, i chyba wolę, by tam pozostały. Czułem się, jakby były one bardziej bronią, niż jakimś ułatwieniem w życiu. Bałem się ich używać. W końcu, co jeżeli przypadkiem jego skrzywdzę? Czułem, że są one ciężkie, potężne, niewiele potrzeba było, by nimi zabić. To zbyt niebezpieczne, by korzystać z nich przy nim. Jak je będę powoli ogarniał, muszę to robić z dala, by przypadkiem nie zrobić mu krzywdy. Tamtemu facetowi krzywdę mogłem zrobić. Ale jemu? Nie wybaczyłbym sobie tego. 
- Wszystko w porządku? Czemu się nie cieszysz? - zapytał, zajmując miejsce obok mnie. Poruszyłem się nerwowo i pomimo tego, że poczułem ciężar skrzydeł na plecach, pozostały one ukryte. Całe szczęście. Jak wcześniej nie wierzyłem w to, że je miałem, tak teraz będę się bał, że przypadkiem się one ukażą. 
- Ja... nie wiem. Boję się, że nie będą mnie słuchać, że zrobię komuś krzywdę. Albo tobie. Są takie... dziwne. Moje... ale nie moje – wyjaśniłem, chociaż nie do końca wiedziałem, czy zrozumie, o co mi chodzi. W końcu, on pewnie tak pięknie panuje nad skrzydłami, a ja nawet nie wiem, czy mnie uniosą. 

<Owieczko? C:>

Etykiety