Od Soreya CD Mikleo

poniedziałek, 15 września 2025

|
 Przyciągnąłem go do siebie gwałtowniej, mocniej, tuląc go do siebie. Jak on to robił, to ja nie wiem, ale z nim wszystko było takie... proste. Lepsze. Jakbym wiedział, co robić... tak, jakbym dostał skrzydeł, dosłownie i w przenośni. Odsunąłem się od niego, by złapać oddech, niepewnie poruszając swoimi skrzydłami, a przynajmniej takie miałem wrażenie. Jeszcze nie do końca wiedziałem, jak to działa, ale zaraz chyba to rozgryzę. Jakoś. Chociaż nie wiem, czy chciałbym się wzbić w powietrze. Nie dzisiaj, nie, kiedy nie wiem, czy te skrzydła w ogóle działają, i jak działają...  chyba wpierw musiałbym się do nich przyzwyczaić. Poczuć pewniej sam ze sobą, a nie tylko z Mikleo. 
- To... to bezpieczne w ogóle? - spytałem niepewnie, zerkając kątem oka na skrzydła, które niby były moje, a wydawały się takie obce. 
- Nie musisz od razu lecieć dwadzieścia metrów nad ziemią. Spróbuj chociaż ten metr, dwa. Zaakceptuj je. One są tobą, nie są wrogiem, nie są ci obce. Chodź, wyjdziemy na polanę – poprosił, chwytając mnie za dłoń. A ja? Ja mu się poddałem. Ze mną mógł robić, co tylko chce, ja mu byłem całkowicie oddany. - Na początku powoli. Machnij nimi raz, dwa. Powoli im zaufaj.
Wdech, wydech. Starałem się je wyczuć, delikatnie rozprostować, i pomimo tego, że się mnie słuchały... jakoś im nie ufałem. Coś sprawiało, że czułem, że są mi obce. Może... może to wkrótce minie? Niepewnie i lekko machnąłem nimi, tak na rozgrzewkę. Działały bez zarzutu. 
- Trochę już się do nich przyzwyczaiłeś? - zapytał łagodnie, nie pospieszając mnie. 
- Tak, chyba – przyznałem cicho, prostując plecy. 
Mikleo kiwnął głową, a następnie też przywołał skrzydła. Jego para skrzydeł była prześliczna, niby białe, ale z takim niebieskim podtonem, i jakieś takie... delikatniejsze. Eleganckie. Nie wydawały się takie ciężkie jak moje, bardziej miałem wrażenie, że zostały stworzone do... sam nie wiem, do tańca? Jestem całkiem pewien, że w tańcu prezentowałyby się cudownie. Moje były takie toporne, ciężkie, jakby przystosowane do walki, do jego obrony. Tak właściwie, pierwszy raz je widziałem. Mikleo nigdy przy mnie ich nie przywoływał. Dlaczego? Przecież one były takie śliczne, i cudowne. Nie to co moje. 
- No to co? Próbujemy? - po tych słowach wzbił się w powietrze. Uniósł się na pewną wysokość, może na te trzy metry, a następnie wyciągnął rękę w moją stronę. Kolejny wdech, i wydech, i zacząłem machać trochę mocniej. Podczas kiedy trzepot skrzydeł Mikleo był raczej cichy, tak  mój...? Pewnie było go słuchać w oddali. Po krótkiej chwili poczułem, jak odrywam się od ziemi... by po chwili znów upaść, a tylko dlatego że skupiłem się na czymś innym. Muszę się bardziej skupić. 
Druga próba była już znacznie bardziej owocna. Trochę niepewnie dotarłem do Mikleo, chwytając jego dłoń i... i w tym samym momencie znów upadłem, ale też pociągnąłem za sobą Mikleo. Upadłem na ziemię z cichym jękiem bólu, dodatkowo przygwożdżony przez Mikleo. Przynajmniej on miał miękkie lądowanie. 
- Jestem beznadziejny – burknąłem, czując ból w dolnej części ciała.

<Owieczko? C:>

Etykiety