Powoli, na raty, zacząłem liczyć oddechy. Słyszałem ich śmiechy gdzieś na zewnątrz i wiedziałem, że nie mogę tu tak siedzieć i czekać na ratunek. Muszę działać, albo chociaż spróbować. Palce mi drętwiały, ale struny liny zaczęły się przecierać od wilgoci i ruchu. Skupiłem wzrok na słabym świetle, które to wydostawało się przez szparę pomiędzy drzwiami, a podłogą: cień buta, plama oleju, zapomniany kawałek szkła. Nie zauważyłem go wcześniej. Gdybym go dosięgnął... Śmiechy trwały, cichy syk uświadomił mi, że otworzyli kolejne piwo. Jeżeli była jakakolwiek kłótnia, właśnie doszli do porozumienia. Musiałem to wykorzystać. Zbliżyłem się do drzwi, i nogą przysunąłem szkło do siebie. Chyba się zaciąłem, poczułem lepką krew na rękach, ale to nie było takie ważne.
Wizja ucieczki była coraz bardziej realna. Niesamowite, że wystarczył cienki okruszek szkła, który wpadł mi pod kolano, bym mógł kierunkowo naciągnąć kawałek liny i wykręcić nadgarstek. Ból przeszył mnie jak zimny prąd, ale w końcu ręce odpuściły na tyle, żeby móc nimi poruszać.
Rozejrzałem się szybko, szukając jakiejś drogi ucieczki. Żadnych okien, tylko drzwi. Nawet gdybym mógł, nie mogę wykorzystać swoich mocy. Nie, żebym był w stanie. Nie byłem jeszcze silny, ledwo stałem, ale miałem przewagę elementu zaskoczenia. Złapałem najbliższy przedmiot, ciężki klocek drewna i wywołałem hałas, uderzając o beczkę. Schowałem się za drzwiami, a gdy jeden z mężczyzn wszedł do środka, uderzyłem. O dziwo, nikt się nie zorientował, a kiedy wyjrzałem przez drzwi okazało się, że reszta siedzi w innym pomieszczeniu. Nie mogłem być większym szczęściarzem.
Musiałem działać szybko. Ruszyłem przed siebie, stopy paliły mnie przy każdym kroku, kolana drżały, jakbym wstawał po chorobie, a nie po kilkunastu minutach uwięzienia. Ale wiedziałem jedno: jeśli teraz się zatrzymam, już się nie podniosę.
Wypadłem z tej rudery, potykając się na progu. Na zewnątrz uderzył mnie chłód - ostre, jesienne powietrze, pachnące mokrymi liśćmi i rdzą. Oczy przyzwyczajały się do półmroku, ale i tak widziałem, że to rzeczywiście chatka, opuszczona, z dachem zapadniętym z jednej strony, ze sterczącymi deskami jak kły. Ziemia była nierówna, błotnista, a kawałek dalej rósł zagajnik.
Wciągnąłem powietrze przez zaciśnięte zęby, starając się powstrzymać zawroty głowy. Krzyk wewnątrz nasilał się, a potem dobiegł mnie tupot. Nie miałem czasu na analizę. Ruszyłem przed siebie, w stronę drzew, bo tylko one dawały jakąkolwiek osłonę. Każdy krok był walką z samym sobą - z bólem, który dudnił mi w czaszce, z rozmazanym obrazem przed oczami, z ogniem w płucach.
Wbiegłem w las. Suche gałęzie chwytały mnie za ubranie, raniły twarz. Czułem, jak krew z brwi na nowo spływa wzdłuż nosa. Ale wiedziałem, że mam przewagę — oni byli pijani, ociężali. Słyszałem ich przekleństwa, rozdzielali się, żeby mnie znaleźć. Głosy odbijały się między drzewami jak echo, nie pozwalając mi ocenić odległości.
Potknąłem się i upadłem na kolana, łapiąc się drzewa, żeby nie roztrzaskać twarzy. Czułem smak ziemi, zgniłych liści. Przez chwilę miałem ochotę po prostu zostać, położyć się i pozwolić, by adrenalina wypłynęła ze mnie, a potem… koniec. Ale w głowie od razu pojawił się obraz Haru. Jego spojrzenie, gdy wychodziłem z akademika. To, że obiecałem wrócić. To, że ufał.
A zaraz po tym dopadła mnie kolejna myśl; że może pójść mnie szukać. Na pewno pójdzie mnie szukać, nie byłby sobą. Jeżeli natrafi na nich, zanim ja do niego wrócę...
Nie mogę na to pozwolić.
Podniosłem się. Ręce drżały, ale wciąż miałem w nich resztki kontroli. Lina, choć przerwana, nadal oplatała nadgarstki — to dobrze, bo dzięki temu mogłem ją użyć. Chwyciłem wystający kamień i zacząłem trzeć sznur o ostrą krawędź. Głosy były coraz bliżej.
Jeszcze chwila. Jeszcze jedno szarpnięcie.
I lina puściła.
Przez krótką sekundę poczułem coś, co mogłem nazwać wolnością. Palce zadrżały, wróciło do nich krążenie, kując jak igły. Zacisnąłem je w pięści, choć to bolało. Byłem wciąż zmęczony, zraniony, ale teraz miałem coś, czego wcześniej mi brakowało: możliwość działania.
Schowałem się w cieniu, przykucnąłem między korzeniami i czekałem. Słyszałem, jak jeden z mężczyzn przebiega niedaleko, klął pod nosem. Jeszcze mnie nie widzieli. Jeszcze mieli mnie za ofiarę, która ucieka w panice. Nawet nie wiedzieli, jak bardzo się mylili.
<Wilczku? C:>